Eksplozja meteoru. "Słusznie uznali, że to nie atak Rosji"
W lipcu do Ziemi zbliżył się meteor, który eksplodował z siłą 2,1 kilotony trotylu. Do wybuchu doszło na Grenlandii, w pobliżu amerykańskiej bazy powietrznej w Thule. Przez prawie dwa tygodnie incydent pozostawał tajemnicą. Do momentu, kiedy Hans Kristensen - dyrektor Projektu Informacji Nuklearnej dla Federacji Amerykańskich Naukowców - napisał twitta. Kristensen podał m.in., że do eksplozji doszło ok. 43 km nad radarem wczesnego wykrywania rakiet balistycznych. "Wciąż tu jesteśmy, więc słusznie uznano, że to nie było rosyjskie uderzenie. Tutaj jest prawie 2000 pocisków jądrowych, które są w stanie nieustannej gotowości" - napisał naukowiec. Amerykańskie dowództwo tłumaczy, że nie poinformowało o incydencie, bo baza lotnicza nie ucierpiała. Kristensen zwraca jednak uwagę, że misją jednostki w Thule jest dostarczanie ostrzeżeń o atakach rakietowych i ogólna kontrola przestrzeni kosmicznej. Jego zdaniem, wojsko powinno było poinformować opinię publiczną o incydencie. W 2013 roku w Czelabińsku również nie poinformowano ludności o nadchodzącym zagrożeniu. Wtedy bowiem niebezpieczeństwo dostrzeżono zbyt późno. Do eksplozji doszło 22,5 km nad powierzchnią Ziemi. Siła uderzeniowa była ogromna, rannych zostało co najmniej 1600 osób.