usa (strona 25 z 93)

WIDEO

6-latek zachorował na tężec. Nie był szczepiony

Nieszczepiony chłopiec w wieku 6 lat, mieszkający w USA, w stanie Oregon, zachorował na tężec. Nikt nie chorował na tę chorobę w Oregonie od 30 lat. Chłopiec zaraził się, gdy zranił się w głowę podczas zabawy. Rana została oczyszczona, jednak 6 dni później wystąpiły pierwsze objawy. Chłopiec zgrzytał zębami, miał skurcze mięśni i kłopoty z oddychaniem, a jego ciało zesztywniało i wygięło się do tyłu. To jeden z charakterystycznych objawów tężca, od którego choroba wzięła swoja nazwę. Chłopiec został przetransportowany helikopterem do szpitala, gdzie został zaintubowany. To uratowało mu życie. Dziecko spędziło w szpitalu 8 tygodni, z czego 47 dni na oddziale intensywnej terapii. Gdyby chłopiec został zaszczepiony przez rodziców nie groziłby mu tężec. Niestety wyciągnęli oni lekcji z choroby własnego dziecka. Nadal nie chcą go zaszczepić przeciwko tężcowi. Choroba ta występuje na całym świecie. Wywołują ją toksyny produkowane przez bakterie – laseczki tężca. Toksyna jest 10 milionów razy bardziej trująca niż jad kobry. Bakterie żyją w glebie, kurzu, wodzie i przewodach pokarmowych zwierząt. Do organizmu dostają się poprzez zranienia czy skaleczenia. Rana wcale nie musi być duża. Śmiertelność może wynosić nawet 60 proc. W Polsce rocznie notuje się kilkanaście przypadków tężca, głównie wśród osób powyżej 60 roku życia. Dzieci są objęte obowiązkowymi szczepieniami. Dorośli powinni szczepić się tężec raz na 10 lat.
WIDEO

"Radowe dziewczyny". Nieświadomie szły na śmierć w męczarniach

Gdy Maria Skłodowska-Curie odkryła promieniotwórczy rad w 1898 r., dość szybko stało się jasne, że nie jest to w pełni bezpieczna substancja. Mimo to, pierwiastek nawet na początku XX w. uchodził za cudowny lek. Wiedziano bowiem, że niszczy komórki nowotworowe. Nie pomyślano, że oprócz raka, niszczy też zdrowe komórki. Do kupienia były więc np. toniki, pudry i inne produkty z radem. Rad ma też inną właściwość – świeci w ciemności. Zaczęto więc malować farbą z dodatkiem radu tarcze zegarków. W czasie I wojny światowej używali ich amerykańscy żołnierze. Firma produkująca zegarki zatrudniała do malowania tarcz młode dziewczyny, często nawet 14-letnie. Praca była bardzo dobrze płatna i lekka. Dziewczynom kazano oblizywać pędzelek przed zanurzeniem go w radioaktywnej farbie, by ją oszczędzać. Pracownicom nie powiedziano, że to niebezpieczne, wręcz przekonywano je, że rad jest całkowicie niegroźny i "zaróżowi im policzki". Nikt jakoś nie zwrócił uwagi, że mężczyźni, którzy produkowali radową farbę dostali specjalne stroje. Toksyczny pierwiastek kumulował się w kościach pracownic, powoli je zabijając w męczarniach. Gniły im szczęki, pękała skóra, bolały stawy. Jako przyczynę zgonu lekarze wpisywali inne choroby, np. syfilis. Skala zjawiska była tak duża, że w 1924 r. już nikt nie chciał pracować w fabryce zegarków. Powoli stawało się jasne, że radowa farba jest zabójcza. Firma, która ją produkowała, wypierała się odpowiedzialności i fałszowała raporty medyczne. Umierające dziewczyny musiały szukać sprawiedliwości przed sądem. Gdy ekshumowano jedną z ofiar zatrucia (zmarła w 1922 r.) okazało się, że jej kości wciąż świecą w ciemności. Ofiarom ostatecznie udało się wywalczyć odszkodowania. Radu z organizmu nie da się usunąć. Okres połowiczego rozpadu tego pierwiastka to 1600 lat.