zsrr (strona 2 z 3)

WIDEO

"Concordski". Historia spektakularnej porażki

Wszyscy słyszeli o Concorde, czyli o ponaddźwiękowym samolocie pasażerskim produkcji francusko-brytyjskiej. Niewielu jednak wie, że rok przed nim powstała w ZSRR bardzo podobna maszyna. Nazywano ją "Concordski". Tu-144 został stworzony przez biuro konstrukcyjne Tupolewa i był łudząco podobny do zachodniego odpowiednika. Na paryskim Air Show w 1971 r., gdzie pokazano Tu-144, przykuł uwagę. Posądzano Rosjan, że "Concordski" jest plagiatem, że plany z Francji musieli wywieźć rosyjscy szpiedzy. Z drugiej strony to właśnie Rosjanom udało się wtedy dokonać m.in. pierwszego lądowania sondą na Marsie. Niestety szybko okazało się, że Tu-144 to spektakularna porażka. Dwa lata po premierze na Air Show, "Concordski" pojawił się we Francji drugi raz. Doszło wtedy do katastrofy. Maszyna rozleciała się w powietrzu. Zginęło 6 osób na pokładzie i 8 na ziemi. Później pojawiła się nawet teoria spiskowa, jakoby T-144 rozbił się, bo próbował uniknąć zderzenia z myśliwcem Mirage. 9 lat po pierwszym oblocie Tu-144 jednak rozpoczął loty pasażerskie. Wtedy szybko okazało się, że maszyny często się psują, a zużycie paliwa powoduje, że loty są bardzo drogie. Pasażerowie chcąc się porozumieć musieli pisać do siebie na kartkach, bo hałas wewnątrz był tak duży. W 1978 r. samolot zapalił się pod Moskwą. Maszyna lądowała awaryjnie. Zginęło dwóch inżynierów lotnictwa. Ta druga katastrofa, podczas lotu doświadczalnego, była gwoździem do trumny idei ponaddźwiękowego Tu. I nawet nie chodzi tu o zakaz przeprowadzania lotów pasażerskich, a o brak zainteresowania władz. Koniec Tu-144 nastąpił ostatecznie w 1984 r. Powstało 16 maszyn. Ostatni przelot odbył się dzięki NASA w 1999 r.
"Oko Moskwy". Historia tajemniczego radzieckiego radaru
WIDEO

"Oko Moskwy". Historia tajemniczego radzieckiego radaru

Od 8 lat czarnobylska Strefa Wykluczenia przyciąga turystów, którzy chcą poczuć dreszczyk emocji. W końcu to z tego miejsca, 33 lata temu, poleciała w Europę chmura radioaktywnego opadu. Czarnobylskie lasy, oprócz elektrowni jądrowej, w której doszło do katastrofy, kryją jeszcze jedno dziedzictwo zimnej wojny o o wiele bardziej złowrogiej i tajemniczej reputacji. Mowa o radarze Duga, który nazywany jest również Okiem Moskwy. Instalacja służyła do wykrywania nadlatujących nad terytorium ZSRR pocisków z głowicami nuklearnymi. Budowę potężnej konstrukcji, która sięga 150 m wysokości i prawie 700 m długości, rozpoczęto w 1972 r. Duga był objęty ścisłą tajemnicą. Na radzieckich mapach widniał w tym miejscu obóz dla dzieci. Już nawet po katastrofie jądrowej, kiedy amerykański dziennikarz zapytał swojego oficjalnego przewodnika czym jest ta potężna konstrukcja, którą widać na horyzoncie, usłyszał, że to niedokończony hotel. Duga rozpoczął pracę w 1976 r. Wtedy po raz pierwszy świat usłyszał dziwny dźwięk, który pochodził z nadajników. Jak grzyby po deszczu zaczęły wyrastać teorie spiskowe. Jedna z nich głosiła, że "sygnał" może zmieniać ludzkie zachowanie i niszczyć komórki mózgowe. Szalone teorie nabierały tempa, bo ZSRR żadnej z nich nie zaprzeczał. Oficjalnie był tam przecież obóz. Choć ZSRR dawno upadł, a Duga jest żałosnym tego symbolem, to szczegóły na temat działania radaru wciąż owiane są tajemnicą. Na przykład nie wiadomo ile dokładnie kosztował, choć niektórzy sądzą, że nawet dwa razy tyle co sama elektrownia. Po katastrofie w elektrowni radar został wyłączony, by chronić jego elektronikę przed uszkodzeniem na skutek promieniowania. W 1988 roku okazało się, że właśnie z tego powodu radar już działać nie będzie.
USA myślały, że ZSRR ubiegło je w próbie jądrowej na Księżycu. Prawda okazała się straszniejsza
WIDEO

USA myślały, że ZSRR ubiegło je w próbie jądrowej na Księżycu. Prawda okazała się straszniejsza

W sierpniu 1963, napięcie między Stanami Zjednoczonymi a sowiecką Rosją jest bardzo wysokie. - USA miały prawie 32 tysiące głowic jądrowych, a sowieci co najmniej 20 tysięcy. Liczba uzbrojenia po obu stronach wymykała się spod kontroli - mówi Tom Nichols, analityk bezpieczeństwa narodowego. Oba kraje podpisały więc umowę o zakazie prowadzenia prób jądrowych na powierzchni ziemi. Złamanie zakazu mogło doprowadzić do wybuchu wojny. USA, by mieć pewność, że ZSRR nie będzie łamać warunków umowy, umieściły na orbicie system satelitów obserwacyjnych Vela. Miały one za zadanie wykryć promieniowanie jądrowe w atmosferze. 2 lipca 1967 roku naukowcy nadzorujące satelity zauważyli coś niepokojącego - nagły wzrost promieniowania. Nie było jednak pewne skąd pochodzi. - Gdy dokonano obliczeń okazało się, że wybuch nie nastąpił na Ziemi - mówi prof. Josh Bloom z Uniwersytetu Berkeley. Amerykanie mieli plan, by zdetonować bombę jądrową na Księżycu. Pomysł był absurdalny, ale w ten sposób można by ominąć obostrzenia traktatowe. USA zdążyło się już więc przestraszyć, że ich plan zrealizowali wcześniej Rosjanie. Badania wykazały, że strumień silnego promieniowania faktycznie pochodzi z okolic Księżyca. Sowieci zaprzeczyli, jakoby przeprowadzili jakąkolwiek detonację w kosmosie. Źródła promieniowania nie znano przez ponad pięć lat. Wtedy pojawiły się satelity z lepszymi czujnikami i okryto kolejny rozbłysk promieniowania. Okazało się, że jest on skutkiem wybuchu w odległej galaktyce. O mały włos nie wybuchł więc konflikt USA-ZSRR tylko dlatego, że zasięg czujników satelitów Vela kończył się na Księżycu. Jedynym wytłumaczeniem była więc teoria, że wróg dokonał próby jądrowej na satelicie Ziemi. - Okazało się jednak, że była to najbardziej niszczycielska siła wszechświata - podsumowuje Nick Pope, analityk obronności.