eksperyment (strona 2 z 3)

WIDEO

Tajny program kontroli umysłów. Teoria spiskowa, która okazała się prawdą

Choć brzmi to jak fantazja fana teorii spiskowych, wydarzyło się naprawdę. Chodzi o tajny program CIA MKUltra. Szczegóły tej operacji mrożą krew w żyłach: eksperymenty na ludziach, kontrola umysłów i pranie mózgów. Wszystko pod pretekstem obrony przed komunistycznym wrogiem, który mógłby też stosować podobne techniki. Wszystko zaczęło się w 1953 r.. Po zakończeniu wojny w Korei, ówczesny dyrektor CIA, zatwierdził projekt "MKUltra". Składały się na niego 162 różne eksperymenty, brało w nim udział 80 instytucji naukowych i 185 badaczy. Wielu z nich, podobnie jak obiekty eksperymentów, nie wiedziało, że biorą udział w tajnej operacji. Eksperymentowano na psychopatycznych przestępcach seksualnych, umierających na raka pacjentach i być może także na dzieciach. Poddawano ich hipnozie, zakażano egzotycznymi bakteriami, podawano narkotyki. Wiele uwagi CIA poświęciła LSD, psychodelicznemu narkotykowi. Podawano go nieświadomym tego osobom. Co najmniej jedna osoba przypłaciła to śmiercią. U dr. Franka Olsona, pracującego dla armii amerykańskiej naukowca po podaniu LSD rozwinęła się psychoza. Mężczyzna wyleciał z okna hotelu. Możliwe, że został zamordowany. Eksperymenty miały miejsce nie tylko w USA. Pracujący wówczas w Kanadzie Psychiatra Ewen Cameron faszerował swoich pacjentów lekami, narkotykami i poddawał elektrowstrząsom, wpędzając ich w stan wegetatywny. Odtwarzał im wtedy różne nagrania, próbując przeprogramować umysł. Wiele ofiar tych eksperymentów zgłosiło się do szpitala z niewielkimi problemami. Opuszczali go w stanie katatonicznym. Po wybuchu afery Watergate dyr. CIA nakazał zniszczenie dokumentów dot. "MKUltra". Sprawę ujawnił jednak New York Times. Zachowało się jednak 8000 stron błędnych raportów finansowych. Powołano specjalną komisję senacką. Całej prawdy o projekcie "MKUltra" nie dowiemy się już nigdy. CIA nalega, że nie prowadzi już podobnych eksperymentów.
Francuzi podsumowują swoje badania. Radioaktywna chmura przyleciała z Rosji
WIDEO

Francuzi podsumowują swoje badania. Radioaktywna chmura przyleciała z Rosji

Przez dwa tygodnie jesienią 2017 roku nad Europą unosił się izotop promieniotwórczy ruten-106. Wykryto go na niemal całym kontynencie. Radioaktywna chmura nie była niebezpieczna, ale jej pochodzenie stanowiło wielką tajemnicę. Teraz naukowcy z Francuskiego Instytutu Ochrony Radiologicznej i Bezpieczeństwa Jądrowego (IRSN) twierdzą, że izotop został uwolniony z zakładu Majak - jednego z największych zakładów atomowych w Rosji. Według IRSN rosyjscy technicy spartaczyli wytwarzanie rutenu-106, który miał trafić do Włoch na potrzeby eksperymentu fizycznego. Rząd Federacji i państwowy operator atomowy gwałtownie zaprzeczyli doniesieniom, ale przedstawiciele Instytutu Badawczego Bezpieczeństwa Nuklearnego Rosyjskiej Akademii Nauk są w tej sprawie podzieleni. Już w październiku 2017 roku Francuzi wywnioskowali z próbkowania powietrza, że izotop najprawdopodobniej pochodzi z Uralu. Stwierdzono też, że radioaktywna chmura to nie wynik wypadku w reaktorze. Wtedy promieniotwórczych zanieczyszczeń w powietrzu byłoby dużo więcej. Cień podejrzeń padł na zakład Majak, przez który w 1957 roku doszło do poważnego skażenia dużego obszaru Uralu, a obecnie wytwarza się tam izotopy promieniotwórcze ze zużytego paliwa jądrowego. Według Francuzów do uwolnienia rutenu-106 doszło w wyniku niekontrolowanego wzrostu temperatury, gdy Rosjanie wytwarzali radioaktywny cer-144 na potrzeby Państwowego Laboratorium Gran Sasso. Wtedy część rutenu przekształciła się w tlenek i ostatecznie z powietrzem rozprzestrzenił się w Europie. Ponieważ rosyjskie władze i zakład Majak oficjalnie zaprzeczają, sprawa wciąż jest otwarta. Jednak zdaniem Franka von Hippela, fizyka z Uniwersytetu Princeton Francuzi mają rację. Dodaje też, że nawet jeśli nad Europą radioaktywna chmura była niegroźna, to mieszkający w pobliżu zakładu Rosjanie na pewno otrzymali "potencjalnie znaczącą dawkę izotopu do płuc".