Tajemnicza śmierć studentów na Uralu
W 1959 roku grupa dziewięciu studentów z ZSRR wyruszyła na wyprawę w północną część Uralu, a po kilkunastu dniach wszyscy zostali odnalezieni martwi. Każdy z uczestników ekspedycji był doświadczony i przygotowany na trudne warunki. Śmierć młodych ludzi mimo upływu blisko 60 lat nadal nie została wyjaśniona. W sprawie pojawiło się mnóstwo hipotez. Niektórzy sugerują, że studentów zabiła bestia, o czym miał świadczyć stan zwłok. Teoria wiąże się z syberyjską wersją legendy o Yeti, która mówi o potworze grasującym w górach Ural. Zwolennicy tej wersji wydarzeń wspominają o zdjęciu zrobionym przez członków wyprawy – widać na nim tajemniczą postać. Inna fotografia wykonana przez uczestników ekspedycji przyczyniła się do stworzenia bardziej przerażającej teorii. Podobno w nocy nad terenem, gdzie grupa rozbiła swoje obozowisko, widziano światła w kształcie ognistych kul. Dostrzegli je również ludzie znajdujący się w pobliżu miejsca zdarzenia. – W tym czasie testowano nową broń. Podobno w nocy z samolotu zrzucono miny spadochronowe. Ofiary odniosły obrażenia w wyniku wybuchu – twierdzą zwolennicy teorii z wojskiem w tle. Zagadkę stanowi również obecność substancji promieniotwórczych na ciałach. Do dziś mówi się, że radzieckie wojsko testowało wówczas amunicję z dodatkiem zubożonego uranu. Według prof. Alfeda Bedarda do śmierci studentów przyczynił się nietypowy kształt Góry Umarłych. Turyści rozbili obozowisko po stronie zawietrznej, gdzie mogły pojawiać się mini trąby powietrzne osiągające prędkość nawet 160 km/h. - Jeśli usłyszeli huk i odczuwali wibracje o niskiej częstotliwości mogli spanikować i obawiać się o swoje życie – mówi dr Margee Kerr, socjolog. To właśnie infradźwięki i atak paniki wydają się być najbardziej prawdopodobnym powodem nagłego opuszczenia namiotu przez studentów, a w rezultacie do ich śmierci.