USA myślały, że ZSRR ubiegło je w próbie jądrowej na Księżycu. Prawda okazała się straszniejsza
W sierpniu 1963, napięcie między Stanami Zjednoczonymi a sowiecką Rosją jest bardzo wysokie. - USA miały prawie 32 tysiące głowic jądrowych, a sowieci co najmniej 20 tysięcy. Liczba uzbrojenia po obu stronach wymykała się spod kontroli - mówi Tom Nichols, analityk bezpieczeństwa narodowego. Oba kraje podpisały więc umowę o zakazie prowadzenia prób jądrowych na powierzchni ziemi. Złamanie zakazu mogło doprowadzić do wybuchu wojny. USA, by mieć pewność, że ZSRR nie będzie łamać warunków umowy, umieściły na orbicie system satelitów obserwacyjnych Vela. Miały one za zadanie wykryć promieniowanie jądrowe w atmosferze. 2 lipca 1967 roku naukowcy nadzorujące satelity zauważyli coś niepokojącego - nagły wzrost promieniowania. Nie było jednak pewne skąd pochodzi. - Gdy dokonano obliczeń okazało się, że wybuch nie nastąpił na Ziemi - mówi prof. Josh Bloom z Uniwersytetu Berkeley. Amerykanie mieli plan, by zdetonować bombę jądrową na Księżycu. Pomysł był absurdalny, ale w ten sposób można by ominąć obostrzenia traktatowe. USA zdążyło się już więc przestraszyć, że ich plan zrealizowali wcześniej Rosjanie. Badania wykazały, że strumień silnego promieniowania faktycznie pochodzi z okolic Księżyca. Sowieci zaprzeczyli, jakoby przeprowadzili jakąkolwiek detonację w kosmosie. Źródła promieniowania nie znano przez ponad pięć lat. Wtedy pojawiły się satelity z lepszymi czujnikami i okryto kolejny rozbłysk promieniowania. Okazało się, że jest on skutkiem wybuchu w odległej galaktyce. O mały włos nie wybuchł więc konflikt USA-ZSRR tylko dlatego, że zasięg czujników satelitów Vela kończył się na Księżycu. Jedynym wytłumaczeniem była więc teoria, że wróg dokonał próby jądrowej na satelicie Ziemi. - Okazało się jednak, że była to najbardziej niszczycielska siła wszechświata - podsumowuje Nick Pope, analityk obronności.