pobicie (strona 2 z 5)

WIDEO

Szkoła wiedziała o groźbach gimnazjalistek. "Mówiłam wychowawczyni. Pedagog też wiedziała"

Przyczyną pobicia gimnazjalistki z Gdańska przez inne nastolatki była zemsta za internetowe wpisy. Chociaż zaatakowana nastolatka wcześniej zgłaszała wychowawcy i pedagogowi, że otrzymuje groźby, szkoła nie poprosiła o wsparcie policji. Do pobicia doszło dosłownie kilka kroków od terenu szkoły na parkingu przed miejska pływalnią.Pogotowie i policję wezwała dopiero po jakimś czasie przyjaciółka zaatakowanej 14-latki. Zatrzymano wszystkich uczestników zdarzenia. Sąd zadecydował, że dwie najbardziej agresywne dziewczyny do czasu posiedzenia będą przebywały w młodzieżowym ośrodku wychowawczym. Jedna z zatrzymanych była już wcześniej notowana za kradzież i groźby. Zaatakowana 14-latka to uczennica 1 klasy gimnazjum. Wcześniej przez sześć lat uczyła się w szkole muzycznej. Od urodzenia wychowaniem dziewczynki zajmują się dziadkowie. W nowej szkole nastolatka poszerzyła grono kolegów i koleżanek. Na profilu na Facebooku miała trzy tysiące znajomych. Wśród nich dziewczyny z innych szkół, które zaatakowały.Widziałam je kilka razy, bo rozmawiały z moimi znajomymi. Ale razem nigdy nie rozmawiałyśmy. Udostępniały memy, przerobione zdjęcia, wyśmiewały się ze mnie. Wtedy ja odpłaciłam tym samym, i też zaczęłam wstawiać memy. Odpisywałam równie chamsko, bo dałam się sprowokować. Pisałam do nich wulgarne teksty. Żałuję, że nie odpuściłam. W toku śledztwa okazało się, że ta sama grupa dziewcząt biła i poniżała wcześniej inne nastolatki. Do postępowania przed sądem rodzinnym włączył się prokurator. Prowadzone jest też śledztwo w sprawie niedopełnienia obowiązków przez dyrektora i pracowników szkoły. Zaatakowana nastolatka wcześniej informowała wychowawcę i pedagoga o groźbach.Mówiłam o tym swojej wychowawczyni. Ona poszła z tym do pani pedagog. Pani pedagog powiedziała, że ona nie zajmuje się takimi sprawami i będzie musiała zgłosić na policję.
WIDEO

Kobieta skatowana przez męża: "Policja uratowała mi życie"

Marta Diener została skatowana przez męża. Mąż, znany i szanowany biznesmen znęcał się nad nią przez kilka lat. Po każdym ataku tłumaczył, że się zmieni, że to wina alkoholu i nigdy więcej tego nie zrobi. Po tym, jak się rozstali, kobieta myślała, że może czuć się już bezpiecznie. Okazało się, że było to tylko chwilowe uśpienie czujności kobiety. Pewnej nocy mężczyzna powrócił. Ostrzeżona przez brata wezwała policję, gdyby nie funkcjonariusze najprawdopodobniej by już nie żyła. W Dzień Dobry TVN opowiedziała o tym, dlaczego kobiety, nad którymi znęcają się mężowie, nie odchodzą od swoich partnerów. Policja uratowała mi życie. Nie zmieniłam zamków mieszkaniu, mąż uśpił moją czujność. Nie spodziewałam się ataku, agresji, przez pół roku się ze mną nie kontaktował, nie interesowały go dzieci. Mąż się nie pojawił na porodówce, kiedy rodziłam dziecko. Po tym, jak zaatakował mnie w mieszkaniu miałam głęboki niedowład czterokończynowy, niewydolność oddechową, zmiażdżony rdzeń kręgowy i w stanie ciężkim policja mnie znalazła. Gdyby nie moja czujność, to bym nie żyła. Mąż kat wtłacza w ofiarę poczucie bezsilności, wstydu przed rodziną. Tym bardziej, że mój jest to znany i szanowany biznesmen. Piękna, zadbana żona, dwójka dzieci, ciężko się przyznać. Polecamy zwrócić uwagę zwłaszcza na sposób prowadzenia rozmowy przez Dorotę Wellman. Powinna tak atakować swojego gościa? To, że ona miałaby na tyle odwagi, by opuścić męża, nie jest chyba jedyną słuszną wykładnią postępowania. Zwłaszcza, że ta kobieta prawie zginęła…