koronawirus (strona 15 z 160)

Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej. Coraz gorsza sytuacja na świecie
WIDEO

Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej. Coraz gorsza sytuacja na świecie

Wydarzenia w Afganistanie, wielkie trzęsienie ziemi w Haiti, epidemie w Jemenie czy “wirus głodu” w krajach afrykańskich. Na świecie drastycznie wzrasta liczba osób, które wymagają pilnej pomocy humanitarnej – to już blisko ćwierć miliarda ludzi! 19 sierpnia na całym świecie obchodzony jest Światowy Dzień Pomocy Humanitarnej. Polska Akcja Humanitarna ostrzega, że następne lata przyniosą kolejne rekordy, a świat będzie musiał mierzyć się z coraz większą liczbą kryzysów. Kryzysy humanitarne wydają nam się dość odległą perspektywą, choć w tym momencie aż 240 mln osób wymaga pomocy humanitarnej z powodu wojen, głodu czy klęsk żywiołowych wywołanych zmianami klimatu. Wydarzenia w Afganistanie, jednym z najbiedniejszych państw świata, przyczynią się do pogorszenia i tak skrajnie trudnej sytuacji humanitarnej. Już teraz blisko połowa mieszkańców tego kraju cierpi z powodu głodu i niedożywienia. Z kolei ostatnie potężne trzęsienie ziemi w Haiti, najbiedniejszym kraju Ameryk, pozbawiło domów setki tysięcy osób. – Uruchomiliśmy specjalną zbiórkę na rzecz ofiar kryzysów w Afganistanie i Haiti - mówi Karolina Grzanka z PAH. – Ale oprócz zdarzeń nagłych, na których są skupione oczy całego świata, większość kryzysów humanitarnych na świecie trwa od lat. Tam też musimy być stale obecni i jest to ogromne wyzwanie dla organizacji pomocowych. Ponad rok po wybuchu pandemii dramatycznie wzrasta liczba osób wymagających wsparcia żywnościowego. W wielu krajach koronawirus jest nazywany “wirusem głodu”, bo globalny kryzys ekonomiczny spowodował gwałtowne biednienie tych ludzi, którzy już wcześniej doświadczali skrajnego ubóstwa. Na skutki pandemii nakładają się też często równocześnie inne kryzysy. – Tak złej sytuacji nie było tu od dawna - mówi Nina Mocior z misji PAH w Jemenie. – Pomocy potrzebuje aż 80% Jemeńczyków, połowa szpitali z powodu wojny nie funkcjonuje, a kraj toczą trzy epidemie naraz, w tym epidemia cholery. Do tego dochodzi ogromne niedożywienie, zwłaszcza wśród najmłodszych dzieci.
IV fala już w Polsce? Ministerstwo Zdrowia stawia sprawę jasno
WIDEO

IV fala już w Polsce? Ministerstwo Zdrowia stawia sprawę jasno

Czy w Polsce zaczęła się już czwarta fala pandemii COVID-19? Takie pytanie zadaliśmy szefowi Ministerstwa Zdrowia Adamowi Niedzielskiemu. Jak odpowiedział, "to zależy, jak na to spojrzymy". - Jeżeli popatrzymy sobie, czy definiujemy falę w ten sposób, że ona się zaczyna tam, gdzie jest minimum zachorowań, to minimum zachorowań my już mamy za sobą. Ono miało miejsce w lipcu, a w tej chwili już ten poziom zachorowań średni jest w okolicach 200 (w lipcu mieliśmy sytuację, gdzie był poniżej 100). To oczywiście cały czas nie są duże liczby, szczególnie z punktu widzenia najważniejszego dla mnie kryterium, jakim jest obciążenie infrastruktury szpitalnej. Ale nie mniej jednak ta fala już się zaczęła i teraz możemy zadawać sobie pytanie, jaka ona będzie duża – stwierdził minister zdrowia. Zapytaliśmy również o czarne scenariusze, które brane są pod uwagę w Ministerstwie Zdrowia w kontekście liczby zachorowań. - W najczarniejszym scenariuszu, który w tej chwili mamy, to jest około 15 tysięcy zakażeń dziennie i to jest rzeczywiście taka liczba, która robi wrażenie. Ale też przypomnę, że ona jest zdecydowanie mniejsza niż te, z którymi już mieliśmy do czynienia i to jest jakby jedna korzystna sytuacja – wskazuje szef polskiego resortu zdrowia. - Drugie, bardzo ważne założenie to jest to, że widzimy, że w całej Europie ta sama liczba zakażeń przekłada się na zdecydowanie mniej hospitalizacji i to jest oczywiście dzięki szczepieniom. (…) Zabezpieczenie szczepieniem jest właśnie przed hospitalizacją przede wszystkim i przed zgonem, bo zakaźność nie jest aż tak skutecznie chroniona – podkreślił gość "Tłita" Wirtualnej Polski Adam Niedzielski.
Czwarta fala pandemii. Szef dowie się o szczepieniu? "Wiedza nie zaszkodzi, ale pytanie, co zrobi się z tą wiedzą"
WIDEO

Czwarta fala pandemii. Szef dowie się o szczepieniu? "Wiedza nie zaszkodzi, ale pytanie, co zrobi się z tą wiedzą"

Nadchodzi czwarta fala pandemii koronawirusa. Jak na nią przygotowuje się biznes? - Robimy to, co prawo pozwala. Z jednej strony zachęcaliśmy pracowników do szczepień, zorganizowaliśmy szczepienia w zakładzie pracy. Poza tym, zapewne, bo nie jesteśmy w stanie tego sprawdzać, wielu pracowników zaszczepiło się jeszcze wcześniej. Wdrożyliśmy też odpowiednie procedury, zmiany, które wprowadzaliśmy na przestrzeni ostatnich kilkunastu miesięcy, czyli płyny do dezynfekcji, maseczki i tak dalej. To jesteśmy w stanie zrobić i to zrobiliśmy - powiedział w programie "Money. To się liczy" Maciej Herman, dyrektor zarządzający Lotte Wedel. Był też pytany o słuszność wprowadzania przepisów, które pozwolą na możliwość uzyskiwania informacji o szczepieniu pracowników. - Taka wiedza na pewno nikomu nie zaszkodzi. Inna sprawa to co się z tą wiedzą robi. W naszym przypadku, poza oczywiście fabryką, przeszliśmy na pracę zdalną, czy bardziej hybrydową. Pracownicy mogą pracować zarówno z biura, jak i z domu. Nie mamy jeszcze wewnętrznych regulacji, czy osoby niezaszczepione będą wysyłane na pracę zdalną w sposób dyrektywny. Będziemy o tym rozmawiać, wszystko zależy od procenta zaszczepionych, a myślę, że ten odsetek mamy bardzo wysoki, choć na pewno nie jest to 100 procent. W naszym przypadku raczej żadne drastyczne zmiany nie będą potrzebne - dodał.
Mateusz Ratajczak Mateusz Ratajczak
Paweł Orlikowski Paweł Orlikowski
Gdzie jest COVID-19. Przełomowe badania naukowców
WIDEO

Gdzie jest COVID-19. Przełomowe badania naukowców

Noś maseczkę, dezynfekuj ręce, płać bezgotówkowo, zakupy rób w rękawiczkach - to typowe wytyczne w czasach pandemii. I o ile badania potwierdzają, że noszenie maseczki znacznie redukuje roznoszenie się wirusa, a mycie rąk to po prostu podstawa higieny, to dwa ostatnie punkty zdają się być właśnie podważane. Naukowcy z Imperial College London opublikowali właśnie wyniki badań dokonanych na stacjach kolejowych. Pobrali próbki z miejsc najczęściej dotykanych przez pasażerów, by ustalić, czy są one skażone COVID-19. Testy wykazały, że ani na powierzchniach, ani w pociągach, ani w powietrzu nie było koronawirusa. Z kolei eksperci z Europejskiego Banku Centralnego i naukowcy z Ruhr-Universität ustalili, że płacenie gotówką nie stwarza istotnego ryzyka zakażenia wirusem. Zanieczyścili banknoty, monety i podobne do kart kredytowych płytki PCV nieszkodliwymi koronawirusami, a w warunkach wysokiego poziomu bezpieczeństwa również Sars-Cov-2. Powierzchnie te były następnie dotykane przez badane osoby, gdy były jeszcze mokre lub już po wysuszeniu. Okazało się, że po wyschnięciu płynu praktycznie nie doszło do przeniesienia zakaźnego wirusa. - W realistycznych warunkach infekcja Sars-Cov-2 z gotówki jest bardzo mało prawdopodobna - mówi Daniel Todt z Ruhr-Universität. Jak donosi serwis "Nauka w Polsce", badania te są zgodne z wcześniejszymi. W zdecydowanej większości przypadków do zakażenia dochodzi poprzez areozole lub drogą kropelkową. Infekcje, do których doszłoby na skutek dotykania powierzchni wspólnych prawie nie istnieją.