polska (strona 3 z 133)

Łukaszenka grozi Polsce rozmieszczeniem rosyjskiej broni jądrowej. "Jesteśmy na to gotowi"
0:47

Łukaszenka grozi Polsce rozmieszczeniem rosyjskiej broni jądrowej. "Jesteśmy na to gotowi"

Prezydent Białorusi Aleksander Łukaszenka udzielił we wtorek wywiadu rosyjskiej państwowej agencji informacyjnej "RIA Nowosti". Autorytarny przywódca Białorusi poinformował, że zwróciłby się do prezydenta Rosji Władimira Putina o rozmieszczenie broni jądrowej na Białorusi, blisko granicy z Polską, jeśli USA i NATO zdecydują się na analogiczny krok w Polsce. - Jeśli USA rozmieszczą rakiety jądrowe w Polsce, to zaproponuję Putinowi rozlokowanie broni jądrowej na Białorusi – powiedział Łukaszenka. Prowadzący dopytywał o jakie pociski nuklearne chodzi. - Pomyślimy jakie. Na pewno takie, które byłyby najbardziej skuteczne. Nieprzypadkowo mówię, że na Białorusi jesteśmy już na to gotowi – stwierdził Łukaszenka. W trakcie wywiadu poruszono także wątek rosyjskiej aneksji Krymu. Łukaszenka pierwszy raz tak otwarcie przyznał, że w sensie prawnym Krym jest terytorium rosyjskim. Do tej pory Białoruś oficjalnie nie uznawała aneksji Krymu przez Rosję w 2014 r. - Krym jest de facto Rosji, mówiłem to od początku. Po referendum Krym stał się rosyjski również de iure. Mam wszelkie prawo do odwiedzenia Krymu, niezależnie od tego, pod czyją jest ochroną, pod czyim rządem lub do kogo należy. Krym jest również mój. Pierwszy raz pojechałem nad morze właśnie na Krym, kiedy moje starsze dzieci były jeszcze małe – wspominał przywódca Białorusi. - Powiedziałam prezydentowi Rosji Władimirowi Putinowi, że pojedziemy na Krym, gdy zostanę zaproszony. Postawiłem mu jednak drugi warunek, że wylądujemy samolotem w Sewastopolu. Status Krymu nie jest tajemnicą ani dla mnie, ani dla Putina – dodał Łukaszenka.
Opcje
Kurdyjski lekarz z Polski ostrzega migrantów przed przyjazdem. Apeluje do władz Iraku: ratujcie tych ludzi
2:34

Kurdyjski lekarz z Polski ostrzega migrantów przed przyjazdem. Apeluje do władz Iraku: ratujcie tych ludzi

Lekarz kurdyjskiego pochodzenia, od 40 lat mieszkający w Polsce, ostrzegł swoich rodaków, by nie podejmowali śmiertelnie niebezpiecznej podróży do Unii Europejskiej przez Białoruś i Polskę. Dr n. med. Arsalan Azzaddin codziennie pomaga migrantom z Iraku i Syrii, którzy trafiają do jego szpitala w Bielsku Podlaskim w ciężkim stanie – najczęściej z hipotermią, zapaleniem płuc, złamanymi kośćmi lub dużym odwodnieniem. Azzaddin w rozmowie z agencją Associated Press przyznał, że jego szpital przyjmuje od dwóch do pięciu migrantów dziennie, którzy potrzebują pilnej pomocy medycznej. Mężczyzna poprosił kurdyjski kanał telewizyjny, by pozwolił mu wystąpić w tamtejszych wiadomościach. Ostrzegł ludzi, by nie podejmowali ryzykownej podróży. Początkowo Azzaddin był oskarżany przez widzów o przyjęcie twardego stanowiska polskiego rządu, który nie ugina się i broni granicy kraju i Unii Europejskiej przed nielegalnym przekraczaniem granicy. Lekarz pojawił się więc w telewizji ponownie, razem z pacjentami, którzy opisywali swoje cierpienie ze szpitalnych łóżek. Przy okazji wystąpił z apelem do irackich przywódców. – Puścili moje wypowiedzi w głównych wiadomościach. Wystąpiłem z apelem do premiera i prezydenta: ratujcie tych ludzi. Kurdowie nie zasługują na coś takiego – wspomina z rozmowie z AP dr n. med. Arsalan Azzaddin, zastępca dyrektora ds. lecznictwa w Szpitalu Powiatowym w Bielsku Podlaskim. Kilka dni później iracki rząd zaczął podejmować pierwsze kroki w celu powstrzymania migracji, wstrzymując loty i zamykając biura, które wydawały wizy turystyczne na Białoruś. - Musimy uczyć tych młodych ludzi, że nielegalna droga nie jest dobrą drogą. Jeśli masz wykształcenie, szukaj pracy, ale rób to legalnie. Ja jestem dyrektorem medycznym tego szpitala. Gdyby 20 lekarzy chciało tu pracować, to od jutra mógłbym dać im pracę, ale muszą oni spełnić pewne wymagania. Przyjazd tutaj, narażając na śmierć swoją rodzinę i dzieci, nie jest właściwą drogą – tłumaczył wicedyrektor placówki. Azzaddin, pochodzi z Irbilu w regionie Kurdystanu w Iraku. Kieruje szpitalem w 25-tys. mieście położonym ok. 30 km od granicy z Białorusią.
Opcje
Iracka migrantka po powrocie o tym, co przeżyła na granicy. "Rząd Białorusi jest bardzo zły"
1:43

Iracka migrantka po powrocie o tym, co przeżyła na granicy. "Rząd Białorusi jest bardzo zły"

Zeina Khalaf, iracka jazydka, opowiedziała w rozmowie z agencją Associated Press o tym, co przeżyła na polsko-białoruskiej granicy. Kobieta wraz z rodziną wróciła do Iraku, ale deklaruje, że ponownie zdecydowałaby się próbować przedostać do Europy, by uciec z miejsca, w którym jej rodzina przeżyła rzeź. Obecnie przebywa w obozie namiotowym dla przesiedleńców niedaleko miasta Dahuk, w północnym Iraku. W zasadzie mieszka tam od 2014 roku. Bojownicy Państwa Islamskiego brutalnie wymordowali tysiące jazydów, a kolejne tysiące przedstawicieli tej grupy wyznaniowej wzięli w niewolę lub zmusili do ucieczki. Khalaf, mąż Zeiny, teściowa i trójka ich dzieci wrócili kilka dni temu do kraju zorganizowanym lotem z Mińska. Kobieta spędziła z rodziną 13 dni pod granicą Polski, chcąc przedostać się do Unii Europejskiej. Jak przyznaje, Białorusini zmuszali ją i innych migrantów do forsowania polskiej granicy. - Utknęliśmy na 13 dni między dwoma granicznymi płotami Białorusi i Polski. Każdego wieczoru Białorusini mówili nam, żebyśmy przygotowali się i ruszyli w stronę Polski. Mówiliśmy im, że mamy chorych ludzi i dzieci. Oni mówili: nie, musicie iść – opowiada Zeina Khalaf, jazydka z Sindżaru. - Wraz z przybyciem nowych grup, byli tu też ludzie z Kurdystanu, niektórzy z południa Iraku. Wszystkim tym grupom mówiono, żeby przecięły płot i przeszły. Szczerze to rząd Białorusi jest bardzo zły. Napadali na nas i dalej to robią na ludziach, którzy tam zostali. Uniemożliwiają też im powrót – dodaje. Kobieta przeżyła rzeź Państwa Islamskiego Sindżarze w 2014 r. i gdyby mogła, ponownie próbowałaby przekroczyć granicę Polski, szukając schronienia i lepszych warunków do życia w Europie Zachodniej. - Gdyby to było w moich rękach, spróbowałabym jeszcze raz. Gdyby dzieci i nasi seniorzy nie byli chorzy, próbowałabym dalej z mężem i nie wracała tu, bo nasz rząd nic dla nas nie zrobi. Gdyby coś zrobili, to nie zostalibyśmy w tym obozie przez osiem lat – deklaruje migrantka. - Bardzo trudno jest tu być, kiedy te namioty są podpalane. Bardzo trudno jest ludziom mieszkać w tym samym namiocie. Moje dzieci tu dorastają. Jeśli zapytasz ich: skąd jesteście?. Odpowiedziałyby: jesteśmy z obozu. One nie wiedzą, skąd pochodzą – podkreśla Zeina Khalaf.
Opcje
Pierwsi migranci wrócili z Białorusi do Iraku. "Rażono nas prąd, pryskano gazem i wodą"
1:50

Pierwsi migranci wrócili z Białorusi do Iraku. "Rażono nas prąd, pryskano gazem i wodą"

Setki Irakijczyków powróciły drogą lotniczą z Białorusi do kraju po porzuceniu nadziei na dotarcie do Unii Europejskiej. Pierwsi migranci zdecydowali się na powrót po tym, jak utknęli tuż przy granicy Polski i zewnętrznej granicy Unii Europejskiej. Setki osób wciąż koczują po białoruskiej stronie, co jakiś czas próbując forsować ogrodzenia i granicę. Spośród 430 pasażerów linii Iraqi Airways, 390 osób leciało do portu w Irbilu – stolicy irackiego Kurdystanu. Pozostali pasażerowie lecieli do Bagdadu. Zorganizowany przelot dla chętnych osób był bezpłatny. Większość pasażerów miała na sobie ciężkie i zimowe ubrania z Białorusi, mimo ciepłej pogody w Iraku. W rozmowie z dziennikarzami agencji Associated Press Irakijczycy mówili o złym traktowaniu – zarówno przez stronę białoruską, jak i polską. Relacje i wrażenia z pobytu były różne. - Daesh [Państwo Islamskie] zniszczyło nasze życie. Zostaliśmy wysiedleni. Od ośmiu lat mieszkamy w namiotach, które regularnie zapalają się, nasze dzieci są wtedy poparzone – tłumaczyła Zeina Khalaf, Jazydka wracająca do Sindżaru. - Wyjechaliśmy do innego kraju, na Białoruś, ale tam rażono nas prądem, pryskano wodą i gazem. Także nasze dzieci. Przytrafiły nam się tam możliwie wszystkie złe rzeczy - dodawała. Niektórzy migranci doceniali działania reżimu Łukaszenki. Niyaz Suleiman, Irakijczyk wracający do Irbilu, chwalił białoruskie służby za dostarczanie jedzenia wody i "innego sprzętu", oskarżając przy tym przed kamerą polskie jednostki o "używanie gazu łzawiącego na oczy i stałe próby odpychania i zawracania". Lot dla Irakijczyków zorganizowało tamtejsze ministerstwo spraw zagranicznych we współpracy z Białorusią. Wcześniej władze Iraku poinformowały o zawieszeniu lotów na linii Bagdad-Mińsk.
Opcje
Sytuacja migrantów przy polsko-białoruskiej granicy. Pokazali, jak żyją w magazynie
2:03

Sytuacja migrantów przy polsko-białoruskiej granicy. Pokazali, jak żyją w magazynie

Migranci pokazali warunki panujące w hali magazynowej w pobliżu przejścia granicznego Bruzgi, ok. 500 metrów od granicy z Polską. To tutaj reżim Łukaszenki przeniósł setki ludzi, oferując im do dyspozycji fragment ogrzewanego centrum logistycznego, a także koce, jedzenie i leki. Na nagraniu jednego z migrantów, zweryfikowanym i udostępnionym przez agencję Associated Press, widać tłum ludzi wewnątrz hali oraz przed nią. Ludzie leżą na kocach i śpiworach. Migrantów jest tak dużo, że wykorzystują półki z regałów na żywność na drugim i trzecim poziomie, zajmując każdy skrawek wolnego miejsca. Według autora nagrania, irackiego Kurda - Mirana Aliego, magazyn w Bruzgach jest obecnie przepełniony, bo w poszukiwaniu noclegu przybyły tu kolejne setki osób, które koczowały bezpośrednio przy polskiej granicy. Jak relacjonuje mężczyzna, nowo przybyłe osoby z lasu muszą pozostać na zewnątrz. Dla wszystkich nie ma już miejsca. Polskie Ministerstwo Obrony Narodowej publikuje cały czas nowe nagrania z okolic przejść granicznych w Kuźnicy i Bruzgach. Jak podają służby, na miejscu wciąż przebywa kilkaset osób, które nocuje w namiotach i rozpala przed nimi ogniska. Potwierdzają to także zdjęcia lotnicze. Irakijczyk Miran Ali nagrał, jak wygląda jedzenie, które koczownicy otrzymują od białoruskich służb. "Nie wiem dokładnie, co to jest, ale to wygląda jak gotowana pszenica" – relacjonuje na nagraniu iracki Kurd. Polskie służby chronią granicę Polski i jednocześnie zewnętrzną granicę Unii Europejskiej przed jej nielegalnym przekroczeniem. Od 8 listopada co najmniej 2 tys. migrantów z Bliskiego Wschodu utknęło na przejściu granicznym. Według agencji ONZ ds. uchodźców, mniejszą połowę z nich stanowią kobiety i dzieci. W ostatnich tygodniach w tym rejonie zginęło co najmniej 12 osób, w tym roczny chłopiec, o którego śmierci poinformowała w czwartek polska organizacja humanitarna.
Opcje
Imigranci wiwatują w białoruskim magazynie. Tłum wykrzykuje jedno
1:04

Imigranci wiwatują w białoruskim magazynie. Tłum wykrzykuje jedno

Białoruskie służby przeniosły setki migrantów, w tym kobiety i dzieci, do hali magazynowej w pobliżu przejścia granicznego Bruzgi, ok. 500 metrów od granicy z Polską. W środę migranci otrzymali tam do dyspozycji część ogrzewanego budynku, żywność, wodę, materace i pomoc medyczną. Tłum opuścił obozowisko założone w pobliżu przejścia granicznego w Kuźnicy, kierując się w nieznane miejsce pod nadzorem strażników, co zarejestrowała polska Straż Graniczna. Na nagraniu jednego z migrantów z hali, zweryfikowanym i udostępnionym przez agencję Associated Press, widać setki osób skandujące "Białoruś, Białoruś". Według autora nagrania, irackiego Kurda o imieniu Miran Ali, tłum zareagował tak w podziękowaniu na informację o tym, że migranci nie będą zmuszani do powrotu na Bliski Wschód. Białoruskie służby miały zapewniać ludzi, że mogą pozostać w tym miejscu do momentu, "gdy Niemcy lub któreś z niemieckich miast ich przyjmie". Reżim Łukaszenki twierdzi, że w ten sposób Białoruś pomaga migrantom, zapewniając im dostęp do ciepłych i zamkniętych pomieszczeń po wielu nocach spędzonych na zewnątrz w namiotach. Białoruska agencja informacyjna BiełTA podała, że co najmniej 1000 osób zgodziło się na skorzystanie z pomocy Białorusi, by "poczekać na rozwiązanie sytuacji". Kilkanaście osób zdecydowało się pozostać bezpośrednio pod granicą. Potwierdziło to polskie Ministerstwo Obrony Narodowej, publikując nagranie, na którym widać pojedyncze namioty i ogniska z unoszącym się dymem. Kilka tysięcy migrantów z Bliskiego Wschodu utknęło na polsko-białoruskim przejściu granicznym 8 listopada. Ich celem jest przedostanie się do Niemiec lub innych krajów Europy Zachodniej. Polskie służby chronią granicę Polski i jednocześnie zewnętrzną granicę Unii Europejskiej przed jej nielegalnym przekroczeniem.
Opcje
"Polska zaskoczyła pozytywnie". Ekspert o GOP26
3:59

"Polska zaskoczyła pozytywnie". Ekspert o GOP26

Paliwa kopalne są winowajcą nadmiernej emisji CO2 i jest zgoda, że należy ograniczyć ich zużycie - tak brzmi główny wniosek ze szczytu klimatycznego, który zakończył się w sobotę (13 listopada) w Glasgow. Kamil Wyszkowski z UN Global Compact w Polsce, komentował w programie "Newsroom WP" podjęte na nim ustalenia. - Polska zaskoczyła pozytywnie tym, że przystąpiła do tego porozumienia węglowego. To na pewno zostało odnotowane przez media międzynarodowe - powiedział Wyszkowski. Dodał, że zadeklarowana data odejścia od węgla to wprawdzie dopiero 2049 rok, ale najważniejsze jest, że wreszcie, po raz pierwszy, padł z polskiej strony taki konkret. Gość "Newsroom WP" powiedział też, że bardzo ważnym elementem szczytu COP26 była rozmowa o wprowadzeniu edukacji klimatycznej. Ocenił, że w tym kontekście wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o zmianach klimatycznych jest "niezręczna". Dodał jednak, że choć globalne ocieplenie to fakt naukowy, to nie dziwi się słowom prezesa PiS, bo w końcu nie odebrał on w szkole edukacji w zakresie klimatu. We wtorek w Polskim Radiu Jarosław Kaczyński powiedział, że rozumie, że zachodzi zmiana w klimacie, bo "kto widzi rzeczywistość, coś pamięta, to wie, że ten klimat był kiedyś w Polsce wyraźnie inny". - Czy to jest wina człowieka, wina rozwoju gospodarki, ogromnej emisji CO2? Tego do końca nie wiemy, ale bardzo wielu naukowców przyjmuje, że tak jest, dlatego trzeba coś z tym zrobić - dodał polityk.
Opcje
Polskie fermy indyków ratują święta w Anglii po brexicie. "Klienci mogą spać spokojnie"
4:03

Polskie fermy indyków ratują święta w Anglii po brexicie. "Klienci mogą spać spokojnie"

Brexit doprowadził do wyjazdów z Wielkiej Brytanii wielu pracowników i specjalistów. Dodatkowo pandemia spowolniła tamtejszy rynek. Producenci indyków na Wyspach alarmują, że brakuje im siły roboczej, by poradzić sobie z dodatkowym popytem na ten rodzaj drobiu w okresie Bożego Narodzenia. - Widzimy szeroko w całym łańcuchu dostaw w Wielkiej Brytanii poważne problemy spowodowane brakiem rąk do pracy. Czy to kierowcy ciężarówek, czy to osoby pakujące w magazynach, czy to rzeźnicy, czy pracownicy w sektorze rolniczym – wylicza Michał Dembiński, główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej. - Mamy 1,2 mln wolnych miejsc pracy, wiele z nich jest bezpośrednim skutkiem brexitu – dodaje. Z pomocą w kryzysie przychodzą polscy przedsiębiorcy. Czołowi producenci drobiu dążą do zwiększenia eksportu mięsa do Wielkiej Brytanii. - Rynek brytyjski jest bardzo ważnym rynkiem, myślę, że dla całego polskiego eksportu drobiu. W ciągu ostatnich 10 lat eksport na ten rynek wzrósł czterokrotnie – wylicza Edyta Łuczyńska, prezes Indykpol Brand. - Polski drób jest popularny na rynku brytyjskim. W 2020 r. wyeksportowaliśmy 46 proc. polskiej produkcji drobiu. To 1,6 mln ton drobiu, równowartość 2,7 mld euro – dodaje. Firma szczyci się tym, że jest producentem "od pola do stołu", tzn., że sama produkuje pasze i hoduje zwierzęta od jaj w ponad 100 fermach w całej Polsce. - Jesteśmy gotowi zaspokoić wszystkie potrzeby naszych brytyjskich klientów. Oni mogą spać spokojnie. Jedyne, co nam pozostaje, to życzyć im zdrowych i wesołych świąt – deklaruje Michał Bitner koordynator ds. zarządzania w Indykpolu.
Opcje