polska (strona 2 z 132)

Kurdyjski lekarz z Polski ostrzega migrantów przed przyjazdem. Apeluje do władz Iraku: ratujcie tych ludzi
WIDEO

Kurdyjski lekarz z Polski ostrzega migrantów przed przyjazdem. Apeluje do władz Iraku: ratujcie tych ludzi

Lekarz kurdyjskiego pochodzenia, od 40 lat mieszkający w Polsce, ostrzegł swoich rodaków, by nie podejmowali śmiertelnie niebezpiecznej podróży do Unii Europejskiej przez Białoruś i Polskę. Dr n. med. Arsalan Azzaddin codziennie pomaga migrantom z Iraku i Syrii, którzy trafiają do jego szpitala w Bielsku Podlaskim w ciężkim stanie – najczęściej z hipotermią, zapaleniem płuc, złamanymi kośćmi lub dużym odwodnieniem. Azzaddin w rozmowie z agencją Associated Press przyznał, że jego szpital przyjmuje od dwóch do pięciu migrantów dziennie, którzy potrzebują pilnej pomocy medycznej. Mężczyzna poprosił kurdyjski kanał telewizyjny, by pozwolił mu wystąpić w tamtejszych wiadomościach. Ostrzegł ludzi, by nie podejmowali ryzykownej podróży. Początkowo Azzaddin był oskarżany przez widzów o przyjęcie twardego stanowiska polskiego rządu, który nie ugina się i broni granicy kraju i Unii Europejskiej przed nielegalnym przekraczaniem granicy. Lekarz pojawił się więc w telewizji ponownie, razem z pacjentami, którzy opisywali swoje cierpienie ze szpitalnych łóżek. Przy okazji wystąpił z apelem do irackich przywódców. – Puścili moje wypowiedzi w głównych wiadomościach. Wystąpiłem z apelem do premiera i prezydenta: ratujcie tych ludzi. Kurdowie nie zasługują na coś takiego – wspomina z rozmowie z AP dr n. med. Arsalan Azzaddin, zastępca dyrektora ds. lecznictwa w Szpitalu Powiatowym w Bielsku Podlaskim. Kilka dni później iracki rząd zaczął podejmować pierwsze kroki w celu powstrzymania migracji, wstrzymując loty i zamykając biura, które wydawały wizy turystyczne na Białoruś. - Musimy uczyć tych młodych ludzi, że nielegalna droga nie jest dobrą drogą. Jeśli masz wykształcenie, szukaj pracy, ale rób to legalnie. Ja jestem dyrektorem medycznym tego szpitala. Gdyby 20 lekarzy chciało tu pracować, to od jutra mógłbym dać im pracę, ale muszą oni spełnić pewne wymagania. Przyjazd tutaj, narażając na śmierć swoją rodzinę i dzieci, nie jest właściwą drogą – tłumaczył wicedyrektor placówki. Azzaddin, pochodzi z Irbilu w regionie Kurdystanu w Iraku. Kieruje szpitalem w 25-tys. mieście położonym ok. 30 km od granicy z Białorusią.
Iracka migrantka po powrocie o tym, co przeżyła na granicy. "Rząd Białorusi jest bardzo zły"
WIDEO

Iracka migrantka po powrocie o tym, co przeżyła na granicy. "Rząd Białorusi jest bardzo zły"

Zeina Khalaf, iracka jazydka, opowiedziała w rozmowie z agencją Associated Press o tym, co przeżyła na polsko-białoruskiej granicy. Kobieta wraz z rodziną wróciła do Iraku, ale deklaruje, że ponownie zdecydowałaby się próbować przedostać do Europy, by uciec z miejsca, w którym jej rodzina przeżyła rzeź. Obecnie przebywa w obozie namiotowym dla przesiedleńców niedaleko miasta Dahuk, w północnym Iraku. W zasadzie mieszka tam od 2014 roku. Bojownicy Państwa Islamskiego brutalnie wymordowali tysiące jazydów, a kolejne tysiące przedstawicieli tej grupy wyznaniowej wzięli w niewolę lub zmusili do ucieczki. Khalaf, mąż Zeiny, teściowa i trójka ich dzieci wrócili kilka dni temu do kraju zorganizowanym lotem z Mińska. Kobieta spędziła z rodziną 13 dni pod granicą Polski, chcąc przedostać się do Unii Europejskiej. Jak przyznaje, Białorusini zmuszali ją i innych migrantów do forsowania polskiej granicy. - Utknęliśmy na 13 dni między dwoma granicznymi płotami Białorusi i Polski. Każdego wieczoru Białorusini mówili nam, żebyśmy przygotowali się i ruszyli w stronę Polski. Mówiliśmy im, że mamy chorych ludzi i dzieci. Oni mówili: nie, musicie iść – opowiada Zeina Khalaf, jazydka z Sindżaru. - Wraz z przybyciem nowych grup, byli tu też ludzie z Kurdystanu, niektórzy z południa Iraku. Wszystkim tym grupom mówiono, żeby przecięły płot i przeszły. Szczerze to rząd Białorusi jest bardzo zły. Napadali na nas i dalej to robią na ludziach, którzy tam zostali. Uniemożliwiają też im powrót – dodaje. Kobieta przeżyła rzeź Państwa Islamskiego Sindżarze w 2014 r. i gdyby mogła, ponownie próbowałaby przekroczyć granicę Polski, szukając schronienia i lepszych warunków do życia w Europie Zachodniej. - Gdyby to było w moich rękach, spróbowałabym jeszcze raz. Gdyby dzieci i nasi seniorzy nie byli chorzy, próbowałabym dalej z mężem i nie wracała tu, bo nasz rząd nic dla nas nie zrobi. Gdyby coś zrobili, to nie zostalibyśmy w tym obozie przez osiem lat – deklaruje migrantka. - Bardzo trudno jest tu być, kiedy te namioty są podpalane. Bardzo trudno jest ludziom mieszkać w tym samym namiocie. Moje dzieci tu dorastają. Jeśli zapytasz ich: skąd jesteście?. Odpowiedziałyby: jesteśmy z obozu. One nie wiedzą, skąd pochodzą – podkreśla Zeina Khalaf.
Pierwsi migranci wrócili z Białorusi do Iraku. "Rażono nas prąd, pryskano gazem i wodą"
WIDEO

Pierwsi migranci wrócili z Białorusi do Iraku. "Rażono nas prąd, pryskano gazem i wodą"

Setki Irakijczyków powróciły drogą lotniczą z Białorusi do kraju po porzuceniu nadziei na dotarcie do Unii Europejskiej. Pierwsi migranci zdecydowali się na powrót po tym, jak utknęli tuż przy granicy Polski i zewnętrznej granicy Unii Europejskiej. Setki osób wciąż koczują po białoruskiej stronie, co jakiś czas próbując forsować ogrodzenia i granicę. Spośród 430 pasażerów linii Iraqi Airways, 390 osób leciało do portu w Irbilu – stolicy irackiego Kurdystanu. Pozostali pasażerowie lecieli do Bagdadu. Zorganizowany przelot dla chętnych osób był bezpłatny. Większość pasażerów miała na sobie ciężkie i zimowe ubrania z Białorusi, mimo ciepłej pogody w Iraku. W rozmowie z dziennikarzami agencji Associated Press Irakijczycy mówili o złym traktowaniu – zarówno przez stronę białoruską, jak i polską. Relacje i wrażenia z pobytu były różne. - Daesh [Państwo Islamskie] zniszczyło nasze życie. Zostaliśmy wysiedleni. Od ośmiu lat mieszkamy w namiotach, które regularnie zapalają się, nasze dzieci są wtedy poparzone – tłumaczyła Zeina Khalaf, Jazydka wracająca do Sindżaru. - Wyjechaliśmy do innego kraju, na Białoruś, ale tam rażono nas prądem, pryskano wodą i gazem. Także nasze dzieci. Przytrafiły nam się tam możliwie wszystkie złe rzeczy - dodawała. Niektórzy migranci doceniali działania reżimu Łukaszenki. Niyaz Suleiman, Irakijczyk wracający do Irbilu, chwalił białoruskie służby za dostarczanie jedzenia wody i "innego sprzętu", oskarżając przy tym przed kamerą polskie jednostki o "używanie gazu łzawiącego na oczy i stałe próby odpychania i zawracania". Lot dla Irakijczyków zorganizowało tamtejsze ministerstwo spraw zagranicznych we współpracy z Białorusią. Wcześniej władze Iraku poinformowały o zawieszeniu lotów na linii Bagdad-Mińsk.
Sytuacja migrantów przy polsko-białoruskiej granicy. Pokazali, jak żyją w magazynie
WIDEO

Sytuacja migrantów przy polsko-białoruskiej granicy. Pokazali, jak żyją w magazynie

Migranci pokazali warunki panujące w hali magazynowej w pobliżu przejścia granicznego Bruzgi, ok. 500 metrów od granicy z Polską. To tutaj reżim Łukaszenki przeniósł setki ludzi, oferując im do dyspozycji fragment ogrzewanego centrum logistycznego, a także koce, jedzenie i leki. Na nagraniu jednego z migrantów, zweryfikowanym i udostępnionym przez agencję Associated Press, widać tłum ludzi wewnątrz hali oraz przed nią. Ludzie leżą na kocach i śpiworach. Migrantów jest tak dużo, że wykorzystują półki z regałów na żywność na drugim i trzecim poziomie, zajmując każdy skrawek wolnego miejsca. Według autora nagrania, irackiego Kurda - Mirana Aliego, magazyn w Bruzgach jest obecnie przepełniony, bo w poszukiwaniu noclegu przybyły tu kolejne setki osób, które koczowały bezpośrednio przy polskiej granicy. Jak relacjonuje mężczyzna, nowo przybyłe osoby z lasu muszą pozostać na zewnątrz. Dla wszystkich nie ma już miejsca. Polskie Ministerstwo Obrony Narodowej publikuje cały czas nowe nagrania z okolic przejść granicznych w Kuźnicy i Bruzgach. Jak podają służby, na miejscu wciąż przebywa kilkaset osób, które nocuje w namiotach i rozpala przed nimi ogniska. Potwierdzają to także zdjęcia lotnicze. Irakijczyk Miran Ali nagrał, jak wygląda jedzenie, które koczownicy otrzymują od białoruskich służb. "Nie wiem dokładnie, co to jest, ale to wygląda jak gotowana pszenica" – relacjonuje na nagraniu iracki Kurd. Polskie służby chronią granicę Polski i jednocześnie zewnętrzną granicę Unii Europejskiej przed jej nielegalnym przekroczeniem. Od 8 listopada co najmniej 2 tys. migrantów z Bliskiego Wschodu utknęło na przejściu granicznym. Według agencji ONZ ds. uchodźców, mniejszą połowę z nich stanowią kobiety i dzieci. W ostatnich tygodniach w tym rejonie zginęło co najmniej 12 osób, w tym roczny chłopiec, o którego śmierci poinformowała w czwartek polska organizacja humanitarna.
Imigranci wiwatują w białoruskim magazynie. Tłum wykrzykuje jedno
WIDEO

Imigranci wiwatują w białoruskim magazynie. Tłum wykrzykuje jedno

Białoruskie służby przeniosły setki migrantów, w tym kobiety i dzieci, do hali magazynowej w pobliżu przejścia granicznego Bruzgi, ok. 500 metrów od granicy z Polską. W środę migranci otrzymali tam do dyspozycji część ogrzewanego budynku, żywność, wodę, materace i pomoc medyczną. Tłum opuścił obozowisko założone w pobliżu przejścia granicznego w Kuźnicy, kierując się w nieznane miejsce pod nadzorem strażników, co zarejestrowała polska Straż Graniczna. Na nagraniu jednego z migrantów z hali, zweryfikowanym i udostępnionym przez agencję Associated Press, widać setki osób skandujące "Białoruś, Białoruś". Według autora nagrania, irackiego Kurda o imieniu Miran Ali, tłum zareagował tak w podziękowaniu na informację o tym, że migranci nie będą zmuszani do powrotu na Bliski Wschód. Białoruskie służby miały zapewniać ludzi, że mogą pozostać w tym miejscu do momentu, "gdy Niemcy lub któreś z niemieckich miast ich przyjmie". Reżim Łukaszenki twierdzi, że w ten sposób Białoruś pomaga migrantom, zapewniając im dostęp do ciepłych i zamkniętych pomieszczeń po wielu nocach spędzonych na zewnątrz w namiotach. Białoruska agencja informacyjna BiełTA podała, że co najmniej 1000 osób zgodziło się na skorzystanie z pomocy Białorusi, by "poczekać na rozwiązanie sytuacji". Kilkanaście osób zdecydowało się pozostać bezpośrednio pod granicą. Potwierdziło to polskie Ministerstwo Obrony Narodowej, publikując nagranie, na którym widać pojedyncze namioty i ogniska z unoszącym się dymem. Kilka tysięcy migrantów z Bliskiego Wschodu utknęło na polsko-białoruskim przejściu granicznym 8 listopada. Ich celem jest przedostanie się do Niemiec lub innych krajów Europy Zachodniej. Polskie służby chronią granicę Polski i jednocześnie zewnętrzną granicę Unii Europejskiej przed jej nielegalnym przekroczeniem.
"Polska zaskoczyła pozytywnie". Ekspert o GOP26
WIDEO

"Polska zaskoczyła pozytywnie". Ekspert o GOP26

Paliwa kopalne są winowajcą nadmiernej emisji CO2 i jest zgoda, że należy ograniczyć ich zużycie - tak brzmi główny wniosek ze szczytu klimatycznego, który zakończył się w sobotę (13 listopada) w Glasgow. Kamil Wyszkowski z UN Global Compact w Polsce, komentował w programie "Newsroom WP" podjęte na nim ustalenia. - Polska zaskoczyła pozytywnie tym, że przystąpiła do tego porozumienia węglowego. To na pewno zostało odnotowane przez media międzynarodowe - powiedział Wyszkowski. Dodał, że zadeklarowana data odejścia od węgla to wprawdzie dopiero 2049 rok, ale najważniejsze jest, że wreszcie, po raz pierwszy, padł z polskiej strony taki konkret. Gość "Newsroom WP" powiedział też, że bardzo ważnym elementem szczytu COP26 była rozmowa o wprowadzeniu edukacji klimatycznej. Ocenił, że w tym kontekście wypowiedź Jarosława Kaczyńskiego o zmianach klimatycznych jest "niezręczna". Dodał jednak, że choć globalne ocieplenie to fakt naukowy, to nie dziwi się słowom prezesa PiS, bo w końcu nie odebrał on w szkole edukacji w zakresie klimatu. We wtorek w Polskim Radiu Jarosław Kaczyński powiedział, że rozumie, że zachodzi zmiana w klimacie, bo "kto widzi rzeczywistość, coś pamięta, to wie, że ten klimat był kiedyś w Polsce wyraźnie inny". - Czy to jest wina człowieka, wina rozwoju gospodarki, ogromnej emisji CO2? Tego do końca nie wiemy, ale bardzo wielu naukowców przyjmuje, że tak jest, dlatego trzeba coś z tym zrobić - dodał polityk.
Polskie fermy indyków ratują święta w Anglii po brexicie. "Klienci mogą spać spokojnie"
WIDEO

Polskie fermy indyków ratują święta w Anglii po brexicie. "Klienci mogą spać spokojnie"

Brexit doprowadził do wyjazdów z Wielkiej Brytanii wielu pracowników i specjalistów. Dodatkowo pandemia spowolniła tamtejszy rynek. Producenci indyków na Wyspach alarmują, że brakuje im siły roboczej, by poradzić sobie z dodatkowym popytem na ten rodzaj drobiu w okresie Bożego Narodzenia. - Widzimy szeroko w całym łańcuchu dostaw w Wielkiej Brytanii poważne problemy spowodowane brakiem rąk do pracy. Czy to kierowcy ciężarówek, czy to osoby pakujące w magazynach, czy to rzeźnicy, czy pracownicy w sektorze rolniczym – wylicza Michał Dembiński, główny doradca Brytyjsko-Polskiej Izby Handlowej. - Mamy 1,2 mln wolnych miejsc pracy, wiele z nich jest bezpośrednim skutkiem brexitu – dodaje. Z pomocą w kryzysie przychodzą polscy przedsiębiorcy. Czołowi producenci drobiu dążą do zwiększenia eksportu mięsa do Wielkiej Brytanii. - Rynek brytyjski jest bardzo ważnym rynkiem, myślę, że dla całego polskiego eksportu drobiu. W ciągu ostatnich 10 lat eksport na ten rynek wzrósł czterokrotnie – wylicza Edyta Łuczyńska, prezes Indykpol Brand. - Polski drób jest popularny na rynku brytyjskim. W 2020 r. wyeksportowaliśmy 46 proc. polskiej produkcji drobiu. To 1,6 mln ton drobiu, równowartość 2,7 mld euro – dodaje. Firma szczyci się tym, że jest producentem "od pola do stołu", tzn., że sama produkuje pasze i hoduje zwierzęta od jaj w ponad 100 fermach w całej Polsce. - Jesteśmy gotowi zaspokoić wszystkie potrzeby naszych brytyjskich klientów. Oni mogą spać spokojnie. Jedyne, co nam pozostaje, to życzyć im zdrowych i wesołych świąt – deklaruje Michał Bitner koordynator ds. zarządzania w Indykpolu.
Syryjska emigrantka o sytuacji na granicy Polski i Białorusi. "Nikt nie przejmował się tym, co się z nami działo"
WIDEO

Syryjska emigrantka o sytuacji na granicy Polski i Białorusi. "Nikt nie przejmował się tym, co się z nami działo"

Po dziesięciu latach wojny w Syrii Boshra al-Moallem z Homs i jej dwie siostry wykorzystały szansę i uciekły z kraju. Kobieta przeczytała w Internecie, że przez Białoruś otworzył się nowy szlak migracyjny do Europy. Boshra postanowiła wykorzystać oszczędności brata i wyruszyła w podróż do Europy. Drogas okazała dużo bardziej niebezpieczna, niż sądziła. Al-Moallem została uwięziona na granicy białorusko-polskiej. Przez 20 dni i była przepychana z jednego kraju do drugiego, pomiędzy uzbrojonymi strażnikami. - Bez jedzenia, bez wody, bez snu, bez żadnego ciepła - powiedziała w rozmowie z Associated Press. Dopiero po tym, jak kobieta padła z wycieńczenia i odwodnienia, polscy strażnicy zabrali ją do szpitala. 48-latka wyznała, że białoruscy urzędnicy oszukali ją. - Powiedzieli nam, że naprawdę łatwo jest pojechać do Europy, znaleźć nowe życie i uciec przed wojną - mówiła Boshra al-Moallem. Kobieta uważa, że została wykorzystana ją jako "broń” w politycznej walce z Polską. Kobieta skrytykowała również polskie służby. Przekazała, że strażnicy na granicy byli zbyt surowi, odmawiali jej podania wody i używali psów do straszenia. Trzy kraje UE, graniczące z Białorusią – Polska, Litwa i Łotwa – oskarżają Łukaszenkę o działania na rzecz destabilizacji ich społeczeństw. Poprzez odmówienie wjazdu i azylu tysiącom imigrantom, władzom zarzuca się łamie praw człowieka. Polska jest coraz częściej krytykowana przez inne kraje. Rzecznik polskich służb specjalnych Stanisław Żaryn przekazał Associated Press, że polskie siły zawsze udzielają pomocy migrantom, jeśli ich życie jest zagrożone. - Polska stoi na stanowisku, że tylko dokładnie zabezpieczając naszą granicę z Białorusią, jesteśmy w stanie zatrzymać ten szlak migracyjny, który jest szlakiem sztucznie wykreowanym przez Łukaszenkę przy wsparciu Putina. Został on sztucznie stworzony, aby zemścić się na całej Unii Europejskiej. - Łukaszenka zaprzecza, jakoby jego siły popychały ludzi do Polski, ale jego państwowe media wykorzystały odpowiedź naszego kraju, by przedstawić UE jako miejsce, w którym prawa człowieka nie są przestrzegane. Al-Moallem planuje z rodziną opuścić ośrodek, w którym obecnie przebywa. Chce dotrzeć do Belgii, gdzie przebywa jej brat i tam szukać azylu.
Minister Edukacji: rodzic to ten, kto zradza potomstwo. Co ze związkami partnerskimi w Polsce?
WIDEO

Minister Edukacji: rodzic to ten, kto zradza potomstwo. Co ze związkami partnerskimi w Polsce?

Minister Edukacji i Nauki w swojej niedawnej wypowiedzi jasno dał do zrozumienia, że w Polsce nie ma miejsca na legalizację związków jednopłciowych. W programie ''Newsroom WP'' zapytany został również o ten temat ks. prof. Andrzej Kobyliński z Uniwersytetu Kardynała Stefana Wyszyńskiego. Czy to jest taka dyskusja, którą Europa ma dawno za sobą, a my nie i musimy teraz tę lekcję odrabiać? - W Unii Europejskiej coraz bardziej dominuje przyzwolenie na różne formy legalizacji związków jednopłciowych. Podobnie jest w USA czy w Kanadzie, natomiast zupełnie inaczej jest w krajach muzułmańskich czy Indiach. Gdybyśmy popatrzyli globalnie, to mniejsza część ludzkości akceptuje różne formy legalizacji związków jednopłciowych. Dla większości mieszkańców naszej planety tym tradycyjnym modelem wychowania dzieci jest rodzina, małżeństwo, które składa się z mężczyzny i kobiety - powiedział ksiądz profesor Kobyliński. W dalszej części wypowiedzi dodał, że dla Polski ważne jest jednak zadanie sobie konkretnego pytania. - Jak w Polsce chcemy się porozumieć, wiedząc, że w UE dominuje model legalizacji związków jednopłciowych i wiedząc, że pewne regulacje prawne odgrywają coraz mniejszą rolę. [...] Nie ma granic w UE, żyjemy w globalnej wiosce, mamy dostęp do internetu. Coraz częściej nie będzie miało znaczenia to, jaka forma prawa obowiązuje w tym czy innym regionie Europy. To jest wyzwanie przed katolikami w Polsce. Jak wychowywać dzieci we własnych rodzinach, szkołach i parafiach, aby przyszłe pokolenia katolików w Polsce, wyznawały wartości zgodne ze swoją religią, niezależnie od tego, jaki będzie dominujący trend kulturowy na naszym kontynencie - stwierdził gość programu ''Newsroom W''.