dzieci

Niebezpieczny "Squid Game". Ekspert ostrzega przed "fajną zabawą w zabijanie"
3:12

Niebezpieczny "Squid Game". Ekspert ostrzega przed "fajną zabawą w zabijanie"

"Squid Game" - południowokoreański serial - bije rekordy popularności. Opowiada o grupie ludzi, którzy uczestniczą w grach opartych na zabawach z dzieciństwa. Ci, którzy odpadają, giną na miejscu. Tu zaczyna się problem. Serial ma ograniczenie wiekowe, ale wśród widzów są dzieci ze wczesnych klas podstawówki. Wychowawcy, m.in. w szkołach w Wielkiej Brytanii, biją na alarm. Zaapelowali do rodziców, by nie pozwalali swoim pociechom na oglądanie "Squid Game", bo uczniowie odgrywają brutalne sceny z serialu. Ta "moda" zdobywa coraz większą popularność w Polsce. Zjawisko skomentował w programie "Newsroom WP" Maciej Dębski, prezes fundacji Dbam O Mój Zasięg. - To dotyczy nie tylko "Squid Game", ale także różnego rodzaju gier i w ogóle świata cyfrowego. Dla młodych osób ten cyfrowy świat jest bardzo ważny. Bardzo łatwo jest się w nim stać bohaterem, co jest trudne w świecie realnym. Dzieci i młodzież bardzo często więc przenoszą zachowania podejrzane w serialu lub grze do życia realnego - wyjaśniał ekspert. - Wczoraj miałem zajęcia w szkole podstawowej i okazało się, że uczniowie w drugiej, trzeciej klasie oglądali ten serial ("Squid Game" - red.), chociaż wszyscy wiemy, że jest on dostępny od 16 roku życia. To odwzorowywanie zachowań jest bardzo często w klasie, na przerwie albo w świetlicy. Dzieci dzielą się na strażników i graczy. Celują do siebie, jakby się chciały postrzelić. Trzeba więc powiedzieć, że stosują realną przemoc wobec przegranych. Nie jest to więc tylko odwzorowywanie, bo jeżeli ktoś przegra w grze, to dzieci biją się i szarpią - wymieniał Dębski. Dodał, że kiedy dzieci są pytane o powody takiego zachowania, nie bardzo zdają sobie sprawę, co właściwie widziały w telewizji. - Dla nich "Squid Game" to serial, w którym jedna osoba wygrywa, jest dużo przemocy i "fajnej zabawy". Ale jak zapyta się taką młodą osobę, co właściwie znaczy "fajna zabawa w zabijanie", to nabierają wody w usta. Poziom wejścia w ten serial jest płytki, ale dlatego, że dzieci nie zdają sobie sprawy, co tak naprawdę oglądają - wyjaśniał prezes fundacji.
Opcje
Poruszający apel radnej Michałowa. "Te dzieciaczki nie są niczemu winne"
2:45

Poruszający apel radnej Michałowa. "Te dzieciaczki nie są niczemu winne"

- To jest przerażające. Bardzo boję się tego, że coraz częściej nasze Michałowo będzie znane z tego, że w Michałowie umierają ludzie. Boję się, że w tej kukurydzy będzie bardzo dużo osób, które straciły życie - powiedziała w programie "Newsroom" WP przewodnicząca rady miejskiej w Michałowie, Maria Bożena Ancipiuk. Skomentowała w ten sposób informację o tym, że w miejscowości Klimówka, niedaleko granicy, znaleziono ciało 24-letniego mężczyzny. Ze wstępnych ustaleń wynika, że znajdował się wcześniej na terenie Białorusi i pochodził z Syrii. Radna przyznała, że jeszcze nie spotkała na swojej drodze imigrantów, ale trafiła na mnóstwo porzuconych ubrań, które świadczą o ich obecności. - Jest to odzież praktycznie nowa. Widać, że była raz założona i zmieniona. Są tam też reklamówki, ogniska. Czuć, że niektóre jeszcze niedawno były rozpalane, że jeszcze niedawno odeszli stamtąd imigranci - relacjonowała kobieta. Jak dodaje, rada nawiązała współpracę ze strażą graniczą, by pomóc koczującym w lasach. - Zawieźliśmy cały samochód strażacki ubrań, ciepłych kurtek, spodni, butów, wodoodporne koce - wymieniała Ancipiuk. Podkreśliła, że przy obecnych minusowych temperaturach nawet dorosła osoba, odpowiednio ubrana do pogody, nie byłaby w stanie przeżyć w takich warunkach, w jakich trwają imigranci. - A co dopiero dzieci? Widzimy, że osoby starsze oddają ciepło tym dzieciom. Przytulają się. Widzimy, że te osoby, jak są w grupie, to siedzą jedna przy drugiej, żeby wzajemnie się ogrzewać, a w środku leżą te dzieci. Te małe dzieci. Te dzieciaczki, które niczemu nie są winne. Zostały zabrane z domu, gdzie nie ma tego ciepła, gdzie nie ma spokoju, i wywiezione w nieznane. Przecież one nie wiedzą, co się z nimi dzieje. Przecież to nie są terroryści. Rozumiem, że nienaruszalność granic jest podstawą, że to jest konieczne, ale można pogodzić jedno i drugie, prawda? - zapytała retorycznie przewodnicząca.
Opcje
Push-back na granicy z Białorusią. "To jest jakaś schizofreniczna sytuacja"
3:47

Push-back na granicy z Białorusią. "To jest jakaś schizofreniczna sytuacja"

- Było mi bardzo przykro. To jest jakaś paradoksalna historia. Minister epatował nas informacjami na temat złych, młodych mężczyzn, którzy do nas przybyli i u których znaleziono różne rzeczy. Natomiast okazuje się, że tych, których nie chcemy, to my mamy u siebie, a tych, których powinniśmy przyjąć, najsłabszych, wypychamy na zewnątrz. To jest jakaś schizofreniczna sytuacja - powiedział w programie "Newsroom" w WP generał Leszek Elas. Były komendant główny Straży Granicznej odniósł się w ten sposób do informacji, jakie przekazali dziennikarze "Gazety Wyborczej". Poinformowali oni o odesłaniu z Polski do Białorusi grupy ponad 20 migrantów, wśród nich znajdowały się kobiety i dzieci. Cofnięto ich na podstawie "procedury push-back" (ang. odsunąć). Elas wspomniał w programie jedną, ekstremalną sytuację, która miała miejsce za czasów, kiedy dowodził Strażą Graniczną. - W Bieszczadach, na granicy, trójka dzieci zamarzła. Została źle skierowana przez kogoś z tamtej strony. To była ogromna tragedia. Pani prezydentowa Kaczyńska zaopiekowała się wtedy matką, którą udało się uratować. Wrażliwość była nieporównywalnie większa. Bardzo współczuję funkcjonariuszom, którzy muszą wracać do domu i myśleć o tym, co się działo wtedy, kiedy byli w służbie - powiedział generał. Jak dodał, procedura push-back jest sprzeczna m.in. z ustawą o udzielaniu pomocy cudzoziemcom i konwencją genewską, dlatego nie jest w żaden sposób regulowana.
Opcje