migranci

Tragedia na kanale La Manche. Iracka rodzina ofiary: służby ich zignorowały, czekali aż zamarzną
WIDEO

Tragedia na kanale La Manche. Iracka rodzina ofiary: służby ich zignorowały, czekali aż zamarzną

Rodzina irackiego migranta czeka na wieści o ich 19-letnim synu, który zaginął po wypadku łodzi na kanale La Manche. Pod koniec listopada doszło tam do katastrofy łodzi migrantów. Przepełniona zatonęła. W zimnych wodach utonęło lub zamarzło 27 osób, które próbowały nielegalnie przedostać się z Francji do Wielkiej Brytanii. Katastrofę przeżyło dwóch migrantów. Rodzina zaginionego Mohammeda Husseina wciąż czeka na informacje o synu. Mężczyzna ostatni raz był widziany na łodzi między Francją a Wielką Brytanią. Według rodziny 19-latek wybrał się najpierw w podróż do Turcji przez Iran. Został tam aresztowany za nielegalne przekroczenie granicy. W Stambule zapłacił przemytnikom, by dostać się na łodzi do Włoch. Stamtąd pojechał do stolicy Francji, a z Paryża wyjechał do Dunkierki. Tam kanałem La Manche miał przedostać się do Wielkiej Brytanii. To było jego marzenie i docelowy kierunek. - Wciąż liczę na jego powrót, jeśli Bóg pozwoli. Gdyby nie wrócił, będę broniła praw mojego syna wszelkimi środkami i sposobami. Nie wybaczę tym krajom, jeśli on utonął w brytyjskich wodach – tłumaczy Khadija Osman, matka zaginionego Kurda. - Kiedy zadzwonił ostatni raz mówił: kochana mamo, jestem w Dunkierce, wyruszamy zaraz, jak Bóg da. Obciąłem włosy i przystrzygłem brodę. Upiększyłem się i jeśli Bóg pozwoli, spełnię swoje marzenia. Ojciec 19-latka jest irańskim kurdyjskim uchodźcą, który przybył do Iraku w 1988 r., ale dotąd nie otrzymał irackiego obywatelstwa. Jego dzieci nie mogły pójść na studia, bo nie były uznawane za pełnoprawnych obywateli. Młody Mohammed Hussein marzył o ucieczce do Europy, o edukacji, pracy i lepszym życiu. Jego ojciec nie może pogodzić się ze stratą syna. Zrozpaczony wspominał relacje ocalałych. - Sześć razy próbowali przepłynąć. Spędzili noc na wodzie, skontaktowali się z francuską policją, wykonując trzy telefony i prosząc o pomoc, ponieważ zaczęli tonąć. Powiedziano im, że są na brytyjskich wodach, już ok. 5 km w głąb – opowiada Hussein Mohammed, ojciec zaginionego. - Skontaktowali się z Brytyjczykami, którzy odpowiedzieli, że do nich płyną. Z trzech telefonów wysłali lokalizacje. Jednak Brytyjczycy nie pojawili się. Ignorowali ich, czekali dopóki nie zamarzli w tej wodzie. Jeśli uchodźcy mają jakieś prawa na tym świecie, to ja wzywam... Nie, nie dam rady już kontynuować – przerwał zrozpaczony ojciec młodego Kurda.
Drugi lot powrotny migrantów z Białorusi do Iraku. "Ludzie bardzo żałują, że tam pojechali"
WIDEO

Drugi lot powrotny migrantów z Białorusi do Iraku. "Ludzie bardzo żałują, że tam pojechali"

W nocy z czwartku na piątek 26 listopada w irackim Irbilu wylądował kolejny samolot z migrantami. To drugi lot repatriacyjny z Białorusi. Zorganizowały go irackie władze. Samolot linii Iraqi Airways, Airbus A320, mógł zabrać do 180 osób. Do Mińska wysłano dwa samoloty, które łącznie przewiozą ponad 600 osób. Kolejny lot z Mińska Do Irbilu odbędzie się w ciągu najbliższej doby. Do Iraku wracają głównie Kurdowie, którym nie udało się przedostać przez Polskę do innych krajów Unii Europejskiej. W rozmowie z agencją Associated Press migranci nie kryli żalu. - Dziś do Iraku wróciło ponad 170 osób. Jesteśmy bardzo wdzięczni za to, że dotarliśmy do domu. Człowieczeństwo i sprawiedliwość, o których ludzie mówią w kontekście Europy, są dalekie od rzeczywistości. To w ogóle nie jest prawda – mówił Awat Nassir, migrant z Ranii w prowincji As-Sulajmanijja. - Zostaliśmy na Białorusi dotkliwie pobici. Tam regularnie bito ludzi. Niektórzy stracili części ciała po pobiciu. Nadal jest tam wielu ludzi, którzy utknęli na granicy – dodał. Od 8 listopada na granicy między Polską i Białorusią utknęło kilka tysięcy migrantów z Bliskiego Wschodu. Zdeterminowani ludzie próbowali nielegalnie przedostać się do Europy Zachodniej. Polskie służby broniły szczelności granic kraju i Unii Europejskiej. Setki ludzi utknęły w lesie między polskimi i białoruskimi oddziałami. Dzieci na lotnisku pokazywały rany na dłoniach. Niektórym Kurdom schodziła skóra z rąk. - Najtrudniej jest, gdy widzisz te dzieci, które tam utknęły. Kiedy widzisz rodziny i dzieci, pozostawione w lesie między dwoma krajami. To bardzo trudne – mówił na lotnisku po powrocie Emad Hussein, migrant z Sindżaru w prowincji Niniwa. - Oni potrzebują pomocy. Zostali w lesie i potrzebują pilnego wsparcia – dodał. Pierwszy lot repatriacyjny z Białorusi do Iraku odbył się tydzień temu w czwartek 18 listopada. Do kraju wróciło wtedy ponad 430 Irakijczyków.
Przemyca imigrantów do Europy. Zarabia nawet 100 tysięcy dolarów rocznie
WIDEO

Przemyca imigrantów do Europy. Zarabia nawet 100 tysięcy dolarów rocznie

Przemytnicy ludzi wciąż szukają chętnych i zdesperowanych osób, które za wszelką cenę próbują uciec z Bliskiego Wschodu i dotrzeć do Europy. Nie liczy ich życie, liczy się zysk. Brytyjski nadawca "Sky News" rozmawiał z jednym z przemytników z prowincji Irbil w Iraku. W opublikowanym przez agencję Associated Press wywiadzie, mężczyzna przyznał, że na nielegalnej działalności zarabia 100 tys. dolarów rocznie. Anonimowo potwierdził, że przemytniczy biznes "nie zatrzymuje się". Szlaki przemytnicze rozpoczynają się w Turcji i Iraku i kierują na północ do Białorusi lub na zachód przez morze do Grecji i Włoch. - Przerzucamy ludzi np. do Wielkiej Brytanii z Francji przez Dunkierkę, gdzie umieszczamy ich na łodziach – ujawnił w wywiadzie. - Łodzie mieszczą 5 osób. Wzmacniamy je metalowymi prętami, silnikiem i możemy wtedy wysłać na nich 15-20 osób – dodał. W ostatnich tygodniach tysiące osób kierowało się na Białoruś, chcąc przedostać przez Polskę do Unii Europejskiej. Swoje doświadczenia przed kamerą opowiedziała rodzina Mahmoudów. Irakijczycy byli traktowani przez Białorusinów "jak zwierzęta". Cała rodzina zapłaciła przemytnikom łącznie 30 tys. dolarów za ułatwienie im podróży do Europy Zachodniej. Zostawiono ich na polsko-białoruskiej granicy bez pieniędzy i jedzenia. Białoruskie służby zabraniały im się cofać. - Zmuszali nas do przerwania płotu na granicy. Kiedy sami to zrobili, pokazywali ręką i mówili tylko: idźcie do Polski – wspominał Bureen Mahmoud. Rodzina wróciła lotem do swojego kraju, ale deklaruje, że jeśli będzie miała pieniądze – spróbuje ponownie. - Tutaj nie mamy życia, nie mamy tu przyszłości. Straciliśmy pieniądze, straciliśmy wszystko – mówiła Bria Mahmoud.
Nocny atak migrantów na granicę. Straż i wojsko publikują najnowsze nagrania
WIDEO

Nocny atak migrantów na granicę. Straż i wojsko publikują najnowsze nagrania

Wydaje się, że sytuacja na polsko-białoruskiej granicy normuje się. Regularnie dochodzi tam jednak do kolejnych prób przedarcia się przez tymczasowe ogrodzenie. Grupy do 100 migrantów forsowała wieczorem we wtorek 23 listopada polską granicę w okolicach Dubicz Cerkiewnych i Mielinka – poinformowała Straż Graniczna. W obu miejscach doszło do cięcia drutu kolczastego i rzucania kamieniami, konarami drzew i granatami hukowymi w polskich funkcjonariuszy. - W Mielniku jeden z żołnierzy został ranny w głowę – poinformowała ppor. Anna Michalska, rzeczniczka Straży Granicznej. Ok. 30 migrantów przedostało się na teren Polski. Osoby te zostały zatrzymane i doprowadzone do granicy. Kolejne próby miały miejsce po godz. 22. Także tutaj grupę ok. 40 osób udało się zatrzymać i cofnąć na Białoruś. Do podobnych ataków dochodziło wieczorem w pobliżu Dubicz Cerkiewnych. Tutaj granicę forsowało ok. 100 osób. Agresywny atak odbywał się pod nadzorem białoruskich służb, które kontrolują sytuację z długą bronią. Widać to na najnowszych nagraniach opublikowanych przez Straż Graniczną. Swoje nagrania z całonocnego patrolowania granic opublikowało także Ministerstwo Obrony Narodowej. Żołnierze także przez całą dobę strzegą granicy. Wszyscy migranci, którzy przedarli się nielegalnie na terytorium Polski, zostali poinformowani o obowiązku powrotu na Białoruś. Dwie osoby, które skarżyły się na stan zdrowia trafiły do polskiego szpitala.
Pogrzeb w Bohonikach. Muzułmanie pochowali nienarodzone dziecko syryjskich migrantów
WIDEO

Pogrzeb w Bohonikach. Muzułmanie pochowali nienarodzone dziecko syryjskich migrantów

To już czwarty pogrzeb migrantów w Bohonikach w powiecie sokólskim. W białej, maleńkiej trumnie przedstawiciele społeczności muzułmańskiej pochowali nienarodzone dziecko, które poroniła syryjska migrantka. Kobieta została znaleziona 2 tyg. temu po polskiej stronie w lesie przez Straż Graniczną. W ciężkim stanie trafiła do szpitala. Poroniła 14 listopada, będąc w 27 tygodniu ciąży. Jej mąż z pięciorgiem dzieci trafił do otwartego ośrodka Dialog. Halikari Dhaker – tak chcieli nazwać nienarodzonego chłopca rodzice – spoczął w wyznaczonym dla wyznawców islamu miejscu – na skraju największego cmentarza muzułmańskiego w Polsce, który należy do społeczności tatarskiej. Ceremonię poprowadził imam Aleksander Ali Bazarewicz. Rodzice dziecka nie dotarli na pogrzeb. "Niewinne dzieciątko jeszcze nienarodzone podzieliło los swoich starszych braci" – mówił w trakcie ceremonii imam bohonickich Tatarów. Od 8 listopada duża grupa setek ludzi, głównie z Bliskiego Wschodu, utknęła na Białorusi na przejściu granicznym z Polską, próbując nielegalnie przekroczyć granice kraju i przedostać się do Unii Europejskiej. - Zmagamy się z konsekwencjami tego kryzysu. Bierzemy na barki tą ciężką sytuację. Nie gościmy tu tych ludzi, nie częstujemy ich herbatą, tylko ich grzebiemy – mówił w rozmowie z agencją Associated Press imam Aleksander Ali Bazarewicz.
Kurdyjski lekarz z Polski ostrzega migrantów przed przyjazdem. Apeluje do władz Iraku: ratujcie tych ludzi
WIDEO

Kurdyjski lekarz z Polski ostrzega migrantów przed przyjazdem. Apeluje do władz Iraku: ratujcie tych ludzi

Lekarz kurdyjskiego pochodzenia, od 40 lat mieszkający w Polsce, ostrzegł swoich rodaków, by nie podejmowali śmiertelnie niebezpiecznej podróży do Unii Europejskiej przez Białoruś i Polskę. Dr n. med. Arsalan Azzaddin codziennie pomaga migrantom z Iraku i Syrii, którzy trafiają do jego szpitala w Bielsku Podlaskim w ciężkim stanie – najczęściej z hipotermią, zapaleniem płuc, złamanymi kośćmi lub dużym odwodnieniem. Azzaddin w rozmowie z agencją Associated Press przyznał, że jego szpital przyjmuje od dwóch do pięciu migrantów dziennie, którzy potrzebują pilnej pomocy medycznej. Mężczyzna poprosił kurdyjski kanał telewizyjny, by pozwolił mu wystąpić w tamtejszych wiadomościach. Ostrzegł ludzi, by nie podejmowali ryzykownej podróży. Początkowo Azzaddin był oskarżany przez widzów o przyjęcie twardego stanowiska polskiego rządu, który nie ugina się i broni granicy kraju i Unii Europejskiej przed nielegalnym przekraczaniem granicy. Lekarz pojawił się więc w telewizji ponownie, razem z pacjentami, którzy opisywali swoje cierpienie ze szpitalnych łóżek. Przy okazji wystąpił z apelem do irackich przywódców. – Puścili moje wypowiedzi w głównych wiadomościach. Wystąpiłem z apelem do premiera i prezydenta: ratujcie tych ludzi. Kurdowie nie zasługują na coś takiego – wspomina z rozmowie z AP dr n. med. Arsalan Azzaddin, zastępca dyrektora ds. lecznictwa w Szpitalu Powiatowym w Bielsku Podlaskim. Kilka dni później iracki rząd zaczął podejmować pierwsze kroki w celu powstrzymania migracji, wstrzymując loty i zamykając biura, które wydawały wizy turystyczne na Białoruś. - Musimy uczyć tych młodych ludzi, że nielegalna droga nie jest dobrą drogą. Jeśli masz wykształcenie, szukaj pracy, ale rób to legalnie. Ja jestem dyrektorem medycznym tego szpitala. Gdyby 20 lekarzy chciało tu pracować, to od jutra mógłbym dać im pracę, ale muszą oni spełnić pewne wymagania. Przyjazd tutaj, narażając na śmierć swoją rodzinę i dzieci, nie jest właściwą drogą – tłumaczył wicedyrektor placówki. Azzaddin, pochodzi z Irbilu w regionie Kurdystanu w Iraku. Kieruje szpitalem w 25-tys. mieście położonym ok. 30 km od granicy z Białorusią.
Nastoletnia narzeczona dżihadysty błaga o powrót do Wielkiej Brytanii. "Przeżyłam piekło na Ziemi"
WIDEO

Nastoletnia narzeczona dżihadysty błaga o powrót do Wielkiej Brytanii. "Przeżyłam piekło na Ziemi"

Była narzeczona dżihadysty, wojowniczka zwerbowana przez członków tzw. Państwa Islamskiego, błaga o możliwość powrotu do Wielkiej Brytanii. Chce stanąć przed tamtejszym sądem. Brytyjska uczennica Shamima Begum w wieku 15 lat uciekła z Londynu, by w 2015 r. dołączyć do bojowników ISIS. Dziś 21-latka przebywa w obozie więziennym w północno-wschodniej Syrii i prosi o przesłuchanie przedstawicieli brytyjskiego rządu. Kobieta chce zapewnić opinię publiczną, że nie stanowi zagrożenia dla bezpieczeństwa narodowego swojej dawnej ojczyzny. Begum zależy na powrocie do Europy. - Nie sądzę, bym mogła ich uspokoić [Brytyjczyków, którzy widzą w niej zagrożenie dla bezpieczeństwa - przyp. red.]. Tylko rząd może ich uspokoić, a jedynym sposobem jest to, że przyjadę tutaj, by zobaczyli się ze mną. Zabiorą mnie z powrotem i będą przesłuchiwać tak długo, jak tylko będą chcieli. Mają od tego ludzi, mają wykrywacze kłamstw, jest wiele sposobów – podkreślała Shamima Begum w wywiadzie dla Sky News, opublikowanym przez agencję Associated Press. W wieku 15 lat jako uczennica uciekła do Rakki, by zasilić szeregi ISIS w Syrii. Wyszła tam za mąż za holenderskiego bojownika, któremu urodziła trójkę dzieci. Jak podaje AP, wszystkie nie żyją. Początkowo Brytyjce zwerbowanej przez internet obiecano w Syrii raj. - Tak naprawdę to było piekło. Piekło na Ziemi – wspomina była członkini tzw. Państwa Islamskiego. Jej nadzieje na powrót do Wielkiej Brytanii są małe. Sajid Javid, były minister spraw wewnętrznych, pozbawił kobietę brytyjskiego obywatelstwa natychmiast po tym, jak znaleziono ją w syryjskim obozie dla uchodźców.
Iracka migrantka po powrocie o tym, co przeżyła na granicy. "Rząd Białorusi jest bardzo zły"
WIDEO

Iracka migrantka po powrocie o tym, co przeżyła na granicy. "Rząd Białorusi jest bardzo zły"

Zeina Khalaf, iracka jazydka, opowiedziała w rozmowie z agencją Associated Press o tym, co przeżyła na polsko-białoruskiej granicy. Kobieta wraz z rodziną wróciła do Iraku, ale deklaruje, że ponownie zdecydowałaby się próbować przedostać do Europy, by uciec z miejsca, w którym jej rodzina przeżyła rzeź. Obecnie przebywa w obozie namiotowym dla przesiedleńców niedaleko miasta Dahuk, w północnym Iraku. W zasadzie mieszka tam od 2014 roku. Bojownicy Państwa Islamskiego brutalnie wymordowali tysiące jazydów, a kolejne tysiące przedstawicieli tej grupy wyznaniowej wzięli w niewolę lub zmusili do ucieczki. Khalaf, mąż Zeiny, teściowa i trójka ich dzieci wrócili kilka dni temu do kraju zorganizowanym lotem z Mińska. Kobieta spędziła z rodziną 13 dni pod granicą Polski, chcąc przedostać się do Unii Europejskiej. Jak przyznaje, Białorusini zmuszali ją i innych migrantów do forsowania polskiej granicy. - Utknęliśmy na 13 dni między dwoma granicznymi płotami Białorusi i Polski. Każdego wieczoru Białorusini mówili nam, żebyśmy przygotowali się i ruszyli w stronę Polski. Mówiliśmy im, że mamy chorych ludzi i dzieci. Oni mówili: nie, musicie iść – opowiada Zeina Khalaf, jazydka z Sindżaru. - Wraz z przybyciem nowych grup, byli tu też ludzie z Kurdystanu, niektórzy z południa Iraku. Wszystkim tym grupom mówiono, żeby przecięły płot i przeszły. Szczerze to rząd Białorusi jest bardzo zły. Napadali na nas i dalej to robią na ludziach, którzy tam zostali. Uniemożliwiają też im powrót – dodaje. Kobieta przeżyła rzeź Państwa Islamskiego Sindżarze w 2014 r. i gdyby mogła, ponownie próbowałaby przekroczyć granicę Polski, szukając schronienia i lepszych warunków do życia w Europie Zachodniej. - Gdyby to było w moich rękach, spróbowałabym jeszcze raz. Gdyby dzieci i nasi seniorzy nie byli chorzy, próbowałabym dalej z mężem i nie wracała tu, bo nasz rząd nic dla nas nie zrobi. Gdyby coś zrobili, to nie zostalibyśmy w tym obozie przez osiem lat – deklaruje migrantka. - Bardzo trudno jest tu być, kiedy te namioty są podpalane. Bardzo trudno jest ludziom mieszkać w tym samym namiocie. Moje dzieci tu dorastają. Jeśli zapytasz ich: skąd jesteście?. Odpowiedziałyby: jesteśmy z obozu. One nie wiedzą, skąd pochodzą – podkreśla Zeina Khalaf.
Pierwsi migranci wrócili z Białorusi do Iraku. "Rażono nas prąd, pryskano gazem i wodą"
WIDEO

Pierwsi migranci wrócili z Białorusi do Iraku. "Rażono nas prąd, pryskano gazem i wodą"

Setki Irakijczyków powróciły drogą lotniczą z Białorusi do kraju po porzuceniu nadziei na dotarcie do Unii Europejskiej. Pierwsi migranci zdecydowali się na powrót po tym, jak utknęli tuż przy granicy Polski i zewnętrznej granicy Unii Europejskiej. Setki osób wciąż koczują po białoruskiej stronie, co jakiś czas próbując forsować ogrodzenia i granicę. Spośród 430 pasażerów linii Iraqi Airways, 390 osób leciało do portu w Irbilu – stolicy irackiego Kurdystanu. Pozostali pasażerowie lecieli do Bagdadu. Zorganizowany przelot dla chętnych osób był bezpłatny. Większość pasażerów miała na sobie ciężkie i zimowe ubrania z Białorusi, mimo ciepłej pogody w Iraku. W rozmowie z dziennikarzami agencji Associated Press Irakijczycy mówili o złym traktowaniu – zarówno przez stronę białoruską, jak i polską. Relacje i wrażenia z pobytu były różne. - Daesh [Państwo Islamskie] zniszczyło nasze życie. Zostaliśmy wysiedleni. Od ośmiu lat mieszkamy w namiotach, które regularnie zapalają się, nasze dzieci są wtedy poparzone – tłumaczyła Zeina Khalaf, Jazydka wracająca do Sindżaru. - Wyjechaliśmy do innego kraju, na Białoruś, ale tam rażono nas prądem, pryskano wodą i gazem. Także nasze dzieci. Przytrafiły nam się tam możliwie wszystkie złe rzeczy - dodawała. Niektórzy migranci doceniali działania reżimu Łukaszenki. Niyaz Suleiman, Irakijczyk wracający do Irbilu, chwalił białoruskie służby za dostarczanie jedzenia wody i "innego sprzętu", oskarżając przy tym przed kamerą polskie jednostki o "używanie gazu łzawiącego na oczy i stałe próby odpychania i zawracania". Lot dla Irakijczyków zorganizowało tamtejsze ministerstwo spraw zagranicznych we współpracy z Białorusią. Wcześniej władze Iraku poinformowały o zawieszeniu lotów na linii Bagdad-Mińsk.
Sytuacja migrantów przy polsko-białoruskiej granicy. Pokazali, jak żyją w magazynie
WIDEO

Sytuacja migrantów przy polsko-białoruskiej granicy. Pokazali, jak żyją w magazynie

Migranci pokazali warunki panujące w hali magazynowej w pobliżu przejścia granicznego Bruzgi, ok. 500 metrów od granicy z Polską. To tutaj reżim Łukaszenki przeniósł setki ludzi, oferując im do dyspozycji fragment ogrzewanego centrum logistycznego, a także koce, jedzenie i leki. Na nagraniu jednego z migrantów, zweryfikowanym i udostępnionym przez agencję Associated Press, widać tłum ludzi wewnątrz hali oraz przed nią. Ludzie leżą na kocach i śpiworach. Migrantów jest tak dużo, że wykorzystują półki z regałów na żywność na drugim i trzecim poziomie, zajmując każdy skrawek wolnego miejsca. Według autora nagrania, irackiego Kurda - Mirana Aliego, magazyn w Bruzgach jest obecnie przepełniony, bo w poszukiwaniu noclegu przybyły tu kolejne setki osób, które koczowały bezpośrednio przy polskiej granicy. Jak relacjonuje mężczyzna, nowo przybyłe osoby z lasu muszą pozostać na zewnątrz. Dla wszystkich nie ma już miejsca. Polskie Ministerstwo Obrony Narodowej publikuje cały czas nowe nagrania z okolic przejść granicznych w Kuźnicy i Bruzgach. Jak podają służby, na miejscu wciąż przebywa kilkaset osób, które nocuje w namiotach i rozpala przed nimi ogniska. Potwierdzają to także zdjęcia lotnicze. Irakijczyk Miran Ali nagrał, jak wygląda jedzenie, które koczownicy otrzymują od białoruskich służb. "Nie wiem dokładnie, co to jest, ale to wygląda jak gotowana pszenica" – relacjonuje na nagraniu iracki Kurd. Polskie służby chronią granicę Polski i jednocześnie zewnętrzną granicę Unii Europejskiej przed jej nielegalnym przekroczeniem. Od 8 listopada co najmniej 2 tys. migrantów z Bliskiego Wschodu utknęło na przejściu granicznym. Według agencji ONZ ds. uchodźców, mniejszą połowę z nich stanowią kobiety i dzieci. W ostatnich tygodniach w tym rejonie zginęło co najmniej 12 osób, w tym roczny chłopiec, o którego śmierci poinformowała w czwartek polska organizacja humanitarna.
Imigranci wiwatują w białoruskim magazynie. Tłum wykrzykuje jedno
WIDEO

Imigranci wiwatują w białoruskim magazynie. Tłum wykrzykuje jedno

Białoruskie służby przeniosły setki migrantów, w tym kobiety i dzieci, do hali magazynowej w pobliżu przejścia granicznego Bruzgi, ok. 500 metrów od granicy z Polską. W środę migranci otrzymali tam do dyspozycji część ogrzewanego budynku, żywność, wodę, materace i pomoc medyczną. Tłum opuścił obozowisko założone w pobliżu przejścia granicznego w Kuźnicy, kierując się w nieznane miejsce pod nadzorem strażników, co zarejestrowała polska Straż Graniczna. Na nagraniu jednego z migrantów z hali, zweryfikowanym i udostępnionym przez agencję Associated Press, widać setki osób skandujące "Białoruś, Białoruś". Według autora nagrania, irackiego Kurda o imieniu Miran Ali, tłum zareagował tak w podziękowaniu na informację o tym, że migranci nie będą zmuszani do powrotu na Bliski Wschód. Białoruskie służby miały zapewniać ludzi, że mogą pozostać w tym miejscu do momentu, "gdy Niemcy lub któreś z niemieckich miast ich przyjmie". Reżim Łukaszenki twierdzi, że w ten sposób Białoruś pomaga migrantom, zapewniając im dostęp do ciepłych i zamkniętych pomieszczeń po wielu nocach spędzonych na zewnątrz w namiotach. Białoruska agencja informacyjna BiełTA podała, że co najmniej 1000 osób zgodziło się na skorzystanie z pomocy Białorusi, by "poczekać na rozwiązanie sytuacji". Kilkanaście osób zdecydowało się pozostać bezpośrednio pod granicą. Potwierdziło to polskie Ministerstwo Obrony Narodowej, publikując nagranie, na którym widać pojedyncze namioty i ogniska z unoszącym się dymem. Kilka tysięcy migrantów z Bliskiego Wschodu utknęło na polsko-białoruskim przejściu granicznym 8 listopada. Ich celem jest przedostanie się do Niemiec lub innych krajów Europy Zachodniej. Polskie służby chronią granicę Polski i jednocześnie zewnętrzną granicę Unii Europejskiej przed jej nielegalnym przekroczeniem.
Łukaszenka zarzuca Polsce kłamstwo. UE: za agresję hybrydową odpowiada reżim Łukaszenki
WIDEO

Łukaszenka zarzuca Polsce kłamstwo. UE: za agresję hybrydową odpowiada reżim Łukaszenki

- Nie zbieramy uchodźców na całym świecie i nie sprowadzamy ich na Białoruś, jak Polska przedstawiła to Unii Europejskiej - powiedział we wtorek (16 listopada) na spotkaniu z urzędnikami Alaksandr Łukaszenka. Oświadczenie prezydenta Białorusi jest sprzeczne z doniesieniami polskich służb. Jeszcze w sierpniu premier Mateusz Morawiecki podczas spotkania z funkcjonariuszami Straży Granicznej mówił, że na granicy mamy do czynienia z atakiem hybrydowym. - To jest ten rodzaj ataku, kiedy w sposób systematyczny i zorganizowany nasz sąsiad ze Wschodu próbuje zdestabilizować sytuację polityczną. Ta próba polega na tym, że przyciągani są imigranci, głównie z Iraku. Ci imigranci transportowani są na granicę białorusko-polską, od strony Białorusi - mówił szef polskiego rządu. W środę (17 listopada) wiceszef ministerstwa spraw wewnętrznych i administracji Maciej Wąsik poinformował, że "Łukaszenka postawił pierwsze autobusy, do których wsiadają migranci i odjeżdżają". Całej sytuacji bacznie przygląda się Unia Europejska. Josep Borrell, szef dyplomacji UE, powiedział, że Wspólnota obserwuje agresję hybrydową, za którą odpowiada reżim Łukaszenki. - Od dzisiaj będziemy mogli nakładać sankcje na więcej osób za organizację tych lotów z ludźmi z kilku krajów na Białoruś, a stamtąd nad granicę UE. Uzgodniliśmy przyjęcie piątego pakietu sankcji, który zostanie sfinalizowany w najbliższych dniach - oświadczył Borrell w poniedziałek. We wtorek doszło do eskalacji konfliktu przy przejściu granicznym w Kuźnicy. Polskie służby użyły m.in. armatek wodnych do pacyfikacji tłumu migrantów. Rzecznik policji, Mariusz Ciarka podał, że napastnicy rzucali w funkcjonariuszy granatami dymnymi i kamieniami otrzymanymi przez Białorusinów, a zdarzenia monitorowały z drona białoruskie służby.
Recepta na kryzys. Co zrobić, by ustabilizować sytuację na granicy?
WIDEO

Recepta na kryzys. Co zrobić, by ustabilizować sytuację na granicy?

Podczas Debaty Wirtualnej Polski: Kryzys na granicy, eksperci zastanawiali się nad kierunkiem, jaki powinny objąć polskie władzę, by zapanować nad sytuacją związaną z działaniami reżimu Alaksandra Łukaszenki. Wszyscy goście Patrycjusza Wyżgi zgodzili się, że Polska musi zadbać nie tylko o zażegnanie kryzysu politycznego, ale również o powstrzymanie dramatu wykorzystywanych przez białoruskie służby migrantów. - Nie powinniśmy marginalizować tego co się dzieje w głębi kraju i tego z czym się spotykamy. Do tego można zaangażować organizacje pozarządowe, można zaangażować Kościół, który zdeklarował już pomoc i tutaj bym zalecał rządzącym, aby się nie bali tej pomocy - mówił generał Mirosław Różański. Dr Piotr Łukasiewicz z Collegium Civitas apelował, by państwo Polskie pokazało swoje miłosierne oblicze. - Ja bym pragnął, żeby ludzie przestali umierać na polskiej granicy - mówił. - Żeby polskie państwo, które jest państwem bogatym z odpowiednimi instytucjami, mogło działać wielopłaszczyznowo. Mogło blokować granicę i strzec granicy, ale również, żeby było państwem miłosiernym - dodał. Anna Maria Dyner z Polskiego Instytutu Spraw Międzynarodowych podkreślała rolę edukacji społecznej w przeciwdziałaniu atakom hybrydowym. - Oprócz recept, które pojawiły się tutaj na rozwiązanie tej sytuacji, zwłaszcza humanitarnej, warto pomyśleć o budowaniu odporności państwa, o budowaniu odporności społecznej i to jest kwestia edukacji przez media, jak również przez komunikowanie strategiczne ze strony rządzących - mówiła.